Dzień, w którym uciekłem

*****

            Portfel, klucze, żelazko, woda. Wszystko sprawdzone. Wszystko zgaszone i zakręcone. Powoli, niespiesznie. Dwa małe kroki i wychodzę na korytarz, gdzie niby te same ściany już nie są moimi ścianami. Pierwszy zamek, drugi zamek. Wsiadam do windy. Wpatruję się w wyświetlacz, gdzie jak sączące się krople wody, maleją numery pięter, które pozostawiam nad sobą. Kilkanaście kroków i staję przed klatką. Kurwa! Na pewno zamknąłem drzwi? Rzut oka na zegarek nie pozwala mi wjechać do góry, by się upewnić. Co ma być, to będzie. Świeże, mroźne powietrze uderza mnie w policzek. Oko roni łzę, podnoszę kołnierz, chowam rękę w kieszeni. Kółka walizki hałaśliwie odbijają się od krzywych płyt chodnika. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

Pierwszy raz w życiu jadę przewietrzyć mieszkanie po zmarłej kobiecie.

*****

            Login: ************** Enter. Hasło: ************* Enter. Masz 286 nieprzeczytanych wiadomości. Ja pierdolę! Czy nie żyjąc w Internecie faktycznie nie żyję? Kiedyś mieć w skrzynce 286 listów byłoby rzeczą trudną do wyobrażenia. Dziś pełno śmieci w normalnej i wirtualnej skrzynce. Może za rzadko tu zaglądam? Może przegapiłem coś naprawdę ważnego? Pierdolę to. Same gówna. Ekran komputera ledwo rozświetla kawałek ściany za mną. Coraz częściej zaczynam przyłapywać się na tym, że wieczorami siedzę po ciemku. Nie zapalam światła jakbym się bał, że przyciągnę do siebie coś, cokolwiek raczej. Boję się, że może to być ktokolwiek. Tego bym nie chciał. Strach przed miłością? Strach przed bliskością? Strach przed kobietą? Strach przed obowiązkiem? Miłość jest straszna? Naiwna? Pełna wyrzeczeń? Co bym stracił ze swojego życia, gdyby wprowadziła się tu kobieta? Nic? A może niewiele więcej?

Wyczerpuje mi się bateria w myszce i uświadamiam sobie, że pieprzę wynurzenia jak z książek Grocholi. Mimo wszystko Ją cenię. Zawsze na studiach broniłem jej książek: Co z tego, że pisze proste i naiwne historie? Plusem tego zjawiska jest, że kobiety, które to czytają, poddają się magii lektury, robią coś więcej niż pranie i gotowanie. Biorą do ręki książkę i czytają ją od deski do deski. Zawsze jest szansa, że z każdą kolejną kartką poczują w sobie chęć do przeczytania czegoś głębszego. O ile głębokość literatury jest rzeczą wymierną…

            Co mi pozostało z dyskusji o literaturze? Nic. Luźny sweter, Wojaczka, Herberta, Bursę zamieniłem na objazd po sklepach i użeranie się z ich kierownikami. Sprawdzanie grafików, doglądanie magazynów, planowanie, zarządzanie. Mówienie bezemocjonalnym tonem: ten non food jest źle wyłożony, tę dehapkę proszę jak najszybciej rozładować, salami bardziej do przodu. Ekspozycja. To wieczne przypominanie o ściąganiu kartonów ze sklepu. Do porzygania. Kogo to obchodzi? Czy to jest tak, czy srak ułożone? Byle tanio, byle szybko. Daj się zaskoczyć jakością. Ile razy już sprawdzałem, czy na plecach nie pojawią mi się kropki? Tyle kropek ile sklepów w rejonie do ustawienia. Przepraszam, Pani jest pojebana? Czy nie widzi Pani, że te bakłażany gniją? Chuj mnie to szczerze obchodzi. Powinienem skontrolować, czy nie zaczynam gnić od środka. Ile kroć sprawdzam kropki na plecach, boję się, że zamienię się w owada pozbawionego swojego życia.

            Czyjeś darcie mordy budzi mnie z marazmu. Podchodzę do okna żeby je zamknąć. Siadam. Czuję falę gorąca. Wstaję, żeby je znowu otworzyć. Świeże powietrze przynosi otrzeźwienie. Siedzę w ciemny pokoju, w tle leci muzyka na której nie potrafię się skupić. Pilnuję innych. A sam? Sam nie potrafię zrobić porządku ze swoim życiem. Po chwili postanawiam: na początek wyczyszczę skrzynkę z listami od nikogo. Może coś mi to da.

Szybko dopisz dłużnika na listę, 20 euro w prezencie, Szukasz lokalu na biznes?, Tęsknie. Laura, Zmień złego na eko, Odezwij się proszę. Laura, 285 złotych za 1000 pobrań twojego pliku, Czekam. Laura – pozbywam się setek badziewnych wiadomości. Idzie mi to wyjątkowo łatwo. Piszą do mnie banki, rejestry długów, kocie karmy, nawozy. Usuwam, usuwam, usuwam. Powoli. Niespiesznie. Okazja XXL, Wyprzedaż balustrad, Panie Marku proszę o kontakt. Pilne!!!, Szukasz życiowych podniet? Z uporem maniaka zaznaczam i wyrzucam wszystko w czeluści internetowego śmietnika. Czyszczę, chcąc móc czyścić tak życie. Swoje. Sam. Powoli. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

            Nie mogę dłużej udawać przed samym sobą. Wracam do kosza, znajduję list o tytule Panie Marku proszę o kontakt. Pilne!!! Po chwili decyduję się i otwieram… Dzień dobry, nazywam się Elżbieta G., mieszkam piętro wyżej nad Panią Laurą. Nie wiem jak to ująć, zatem powiem, a raczej napiszę wprost: Pani Laura nie żyje… Zostawiła w mojej skrzynce list z prośbą o kontakt do Pana. Wskazuje Pana jako jedyną osobę, która może zająć się pogrzebem, mieszkaniem i pozostawionymi w nim rzeczami. Mogę pomóc. Mimo potworności całej sytuacji Pozdrawiam! Teresa G.

Zamieram. Przestaję słyszeć muzykę do reszty. Podchodzę do okna i wciągam łapczywie mroźne powietrze. Zamykam oczy i zatapiam się w ciemność nocy.

*****

- J..e…..t n..o..c… – głos był zaspany i niewyraźny.

- No i co z tego?

- Może jest późno?

- Gówno mnie obchodzi, która jest godzina i czy jest wcześnie czy późno. Od jutra przejmiesz moje obowiązki. Ja muszę pilnie wyjechać, nie mam zresztą czasu na tłumaczenia. Wszystko, co potrzeba weźmiesz od Marty. Ja postaram Ci się przesłać mailowo listę rzeczy pierwszej potrzeby. Zresztą znasz sytuację. Wiesz co i jak. Jesteś moim najlepszym zastępcą. Wierzę, że dasz radę. Trzymanie kilku ludzi za pysk to nic trudnego.

- Ale…

- Słuchaj. Alę to mogłeś piaskiem w piaskownicy sypać. Muszę kończyć. Na razie.

*****

            Nigdy nie potrafiłem się spakować. Nie wiedziałem, co będzie potrzebne bardziej, co mniej. Zawsze wydawało mi się, że wszystko jest potrzebne. Planowałem spędzić w jej domu tydzień. Przeważnie jest tak, że w miejscach znanych, do których wracamy, zostawiliśmy wcześniej nasze rzeczy. Czekają na nas w komodach, pawlaczach, poupychane w worki w piwnicy. Tam nie mogło być nic mojego. Wycofałem się wtedy jak szczur. Uciekłem. To był jedyny raz kiedy nie miałem problemu z pakowaniem się. Musiałem zabrać wszystko. Wszystko był zbędne. Mnie i tamtemu miejscu.

Teraz pusta, otwarta walizka czekała od kilku minut aż ją zapełnię. Była trochę jak ja. Z zewnątrz całkiem porządna ale za to w środku całkowite gówno. Takie coś, z takim czymś, bez takiego czegoś. Zapakowałem sześć par majtek, sześć par skarpetek, trzy czarne koszulki, dwie pary spodni, dresy, bluzę i odświętną koszulę. Wszystkie nowe, nie znające tamtego miejsca. Nieskażone zapachem, przestrzenią ani aurą mieszkania do którego jechałem posprzątać po zmarłej kobiecie.

*****

            Portfel, klucze, żelazko, woda. Wszystko sprawdzone. Wszystko zgaszone i zakręcone. Powoli, niespiesznie. Dwa małe kroki i wychodzę na korytarz, gdzie niby te same ściany już nie są moimi ścianami. Pierwszy zamek, drugi zamek. Wsiadam do windy. Wpatruję się w wyświetlacz, gdzie jak sączące się krople wody, maleją numery pięter, które pozostawiam nad sobą. Kilkanaście kroków i staję przed klatką. Kurwa! Na pewno zamknąłem drzwi? Rzut oka na zegarek nie pozwala mi wjechać do góry, by się upewnić. Co ma być, to będzie. Świeże, mroźne powietrze uderza mnie w policzek. Oko roni łzę, podnoszę kołnierz, chowam rękę w kieszeni. Kółka walizki hałaśliwie obijają się od krzywych płyt chodnika. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

            Zdecydowałem się jechać pociągiem. Między miastem G. w którym teraz mieszkałem a miastem E. do którego musiałem dojechać nie był daleko. Samochodem jakieś 40 minut, zaś pociągiem coś koło dwóch godzin. Nie chciałem jechać samochodem. Dawał mi zbyt dużą łatwość ucieczki. W każdej chwili mogłem wsiąść i odjechać. Ewentualnie nie dojechać wcale. Na pociąg trzeba było dotrzeć, kupić bilet, poczekać. Zawsze tworzyło to jakiś ciąg komplikacji, który mógł opóźniać i zniechęcać do odwrotu. Zachodziła więc dość przymuszona konieczność doprowadzenia wszystkich spraw do jakiego takiego rozwiązania, które trzeba przyznać, przybrały korzystną dla mnie formę.

- Dobry wieczór. Mogę jeden do E. na 21:02?

- Na linii prowadzone są roboty, pociąg może dotrzeć z opóźnieniem.

- Super. Dla mnie lepiej.

- Czy chce Pan zakupić bilet w formie elektronicznej? Będzie taniej o pięćdziesiąt groszy.

- Nie – zabrzmiało jak warknięcie ale zaczynałem mieć dość.

- A czy posiada Pan Zniżkową kartę zadowolonego klienta?

- Nie, zaczynam posiadać stan wkurwionego klienta. Potrafi mi Pani sprzedać bilet do E. na 21:02 do chuja, czy kurwa to za trudne dla Pani?

Reszta przebiegła w błogiej ciszy. Z bilet poszedłem na dwór czekać na przyjazd pociągu. Było mroźno. Czas się dłużył. Powoli. niespiesznie.

            Na szczęści skład był podstawiany. Poza mną czekało jeszcze jakieś trzydzieści osób. Ze zmęczonymi, niewyraźnymi twarzami. Wpatrywali się pustymi oczami łapczywie jakby w tej pustce było coś narkotycznego, pociągającego, uzależniającego. Zaczynałem odczuwać lęk. Przed sobą, przed przyszłym, przed tym, co mnie wreszcie spotka. Zacząłem myśleć o Krzyśku, o tym jak go potraktowałem przez telefon, o tym że wiecznie traktuję go z góry. Że niepotrzebnie znowu byłem niemiły. Wiedziałem, że będzie miał problemy ze wszystkim. Zresztą nigdy w niego nie wierzyłem. W siebie zresztą też. Pociąg zahamował. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Zająłem miejsce w pustym przedziale i choć byłem niewierzący, w jakiś pokraczny sposób modliłem się o brak towarzystwa. Obecność ludzi mnie krępowała, konieczność wymuszonej rozmowy mnie wręcz przerażała. Położyłem głowę częściowo na oparciu, częściowo opierałem się o ścianę przy oknie. Zakryłem się płaszczem i czekałem.

- Można dosiąść się?

- Sorry? I speak only English – udawałem przed parą emerytów Anglika, ale machnąłem ręką żeby usiedli i sztucznie się uśmiechnąłem. Byłem zadowolony. Lubię bywać zwykłym chujem.

Pociąg ruszył. Koła stukały miarowo. Małżeństwo obok mnie podróżowało w ciszy.

*****

            Ocknąłem się. Było mi zimno. Para emerytów milczała dalej. Za oknem przesuwał się krajobraz, który widywałem wielokrotnie. Z ciągnącego się pasa zieleni zaczął wyrastać E. Trzeba było zacząć się zbierać. Nałożyłem płaszcz. Stan gotowości osiągnięty. Było jeszcze zimniej i szarzej niż w G. Odremontowany budynek dworca pomalowany na siwo wzmagał poczucie tkwienia w marazmie. To miasto od jakiegoś czasu wymierało. Pełne było ludzi bez przyszłości, młodych bez większych ambicji, zapuszczonych budynków i krzywych chodników.

Na przeciw dworca, w oddali majaczył zielony szyld restauracji. W środku nie było nikogo pozą obsługą. Było za to ciepło i całkiem przyjemnie. Skromnie ale ze smakiem. Usiadłem pod ścianą, mając podgląd na to, co działo się na zewnątrz. Nie było nikogo. Jak w moim życiu. Szaro i pusto.

- Dobry wieczór, karta dla Pana. Coś do picia? Może mogę coś zaproponować?

- Piwo, poproszę. Miejscowe.

Wpatrywałem się w pustą ulicę popijając piwo. To był moment w którym musiałem zastanowić się z jakiego powodu Laura nie żyje. Śmierć naturalna czy samobójstwo? Zostawiła dla mnie list? Czy ktoś poza kobietą, która do mnie napisała wie coś więcej? Postawiłem sobie pytanie: czy będę chciał i umiał wyjaśnić lub chociażby zrozumieć tę sprawę?

- Do której macie otwarte?

- Aż spokojnie Pan skończy.

- To pan i kucharz nie spieszycie się do domu?

- Czasami nie ma do kogo lub czego.

Lubiłem taki typ kelnerowania. Powaga i powściągliwość. Żadnych dowcipów na siłę. Kelner z klasą jak w Zaklętych rewirach. Za oknem bez zmian. Miasto tkwiło w szarej masie, na zewnątrz nie było nikogo. Bąbelki powietrza pękały w kolejnym piwie. Wszystko było mniej wyraźne. Wciąż nie wiedziałem w jakim miejscu się znajduję. Jednego byłem pewien. Cieszyło mnie to, że Laura nie żyje.

Zapłaciłem.

*****

            Powietrze miało przyjemny, mroźny zapach. W oddali majaczyły czerwone lampy taksówki.

- Można?

-Proszę bardzo. Się Pan szanowny rozgości.

Starszy, wysoki mężczyzna miał w środku nagrzane do granic możliwości. Otworzyłem okno. Przeciąg delikatnie muskał mi twarz. Zbliżało się nieubłagalne.

- Pan to chyba nietutejszy, co?

- Tutejszy. Ale musiałem wyjechać.

- Teraz stąd wszyscy wyjeżdżają. Moje dzieciaki też powyjeżdżali. Jak sie nie ma po co, to się tu nie siedzi. Taka panie prawda.

- Jak wszędzie.

- Pan na długo?

- Trochę. Muszę posprzątać.

- Życiowy remanent?

- Coś jakby.

- Co? Rozwód?

- Może się Pan zamknąć, kurwa?

Starszy gość zahamował gwałtowniej niż sytuacja wymagała. Byliśmy na miejscu.

- Bez reszty – podałem pognieciony banknot kierowcy.

- Chujom zawsze oddaje co do grosza – odpowiedział spokojnie.

Zaimponował mi.

*****

            Dopiero teraz stojąc pod blokiem, zacząłem odczuwać strach. Gdybym palił, zapaliłbym kilka papierosów pod rząd. Z pewnością. Musiałem znaleźć jakieś zastępstwo. Splunąłem. W czteropiętrowym bloku wszystkie światła były pogaszone. Czułem się jak intruz choć byłem w miejscu, które doskonale przecież znałem. Park za blokiem pogłębiał czerń nocy. Drzewa szumiały miarowo. Tak, bałem się. Poczułem, że muszę się wysikać. Zawsze strach wzmagał we mnie potrzebę wylania się. Z tego co pamiętam, nie moczyłem nigdy materaca. Chyba, że nie chcę tego pamiętać. Nie mniej, sikać chciało mi się zawsze, kiedy zaczynałem odczuwać irracjonalny strach. Znalazłem krzaki. Trawa była mokra i zimna. Odczułem olbrzymią ulgę. Dostrzegłem coś dziwnego. Okna w mieszkaniu Laury zaklejone były gazetami.

Jak na złość miałem problemy z zapięciem rozporka. Walczyłem z nim kilka dobrych minut. W górę, w dół, w lewo, w prawo. Kilka metrów ode mnie, przeszły trzy – wystraszone zapewne moją obecnością – nastolatki. Chwyciłem mocno za rączkę walizki. Z kieszeni wyciągnąłem klucze, które kiedyś dostałem od Laury. Wszedłem do klatki. Było ciepło i cicho. Ogrzałem się chwilę i ruszyłem. Pod drzwiami zacząłem się zastanawiać: może znajdę hotel i wrócę rano? Jak będzie jasno. Rozpiąłem płaszcz, poluźniłem guzik w koszuli. Z pęku kluczy wybrałem właściwy. Tylko czy będzie pasował? Kurwa, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Odważyłem się. Wsunąłem go w szparę zamka. Pasował.

Wstrzymałem oddech. Przekręciłem klucz. Nacisnąłem klamkę.

*****

            Z Laurą poznaliśmy na studiach. Co prawda byliśmy na dwóch różnych wydziałach ale korzystaliśmy ze wspólnej uczelnianej biblioteki. Kilkukrotnie się do siebie uśmiechnęliśmy. Nic nie zapowiadało niczego głębszego, niczego na dłuższą metę. W gruncie, rzeczy nic nie zapowiadało niczego. Kiedyś wpadła na mnie. Rzuciła spłoszone: Przepraszam i zniknęła między regałami. Na korytarzu mijaliśmy się bez okazywania sobie czegokolwiek. Nie była ani piękna, ani okropna. Zwyczajna, a mimo to pociągała mnie coraz bardziej. Kilkukrotnie zamarzyło mi się w nią wejść. To było jedyne, co miałem. Myśli o niej i sobie. Byłem wciąż prawiczkiem, bez żadnego doświadczenia w podrywaniu kobiet, co nie znaczy, że całe młodzieńcze życie przejechałem na ręcznym. Na roku było nas tylko sześciu chłopaków, dziewczyn zaś prawie siedemdziesiąt, z czego jakieś czterdzieści podzielonych przez nas w kategoriach: spoko / dobra / na dzidę. Pozostałe były: chujowe albo chujowe na maksa. Byliśmy młodzi i głupi. Piliśmy kiedy mogliśmy. Typowe studenckie życie. Na koniec drugiego roku wszyscy spotkali się w lesie na ognisku. Cel był jeden. Najebać się. Istniała jeszcze misja dodatkowa. Zaliczyć którąś lub któreś. Jeśli się da oczywiście. Dochodziły do mnie informacje, że kilka koleżanek mogłoby się przede mną otworzyć. Laura nigdy z nami nie imprezowała. Do tamtego dnia. Przyszła razem z którąś z dziewczyn, które należały do kategorii chujowych na maksa. Uśmiechnąłem się do niej i tyle. Trzymałem dystans. Jak to bywa na takich imprezach, ktoś już rzygał, ktoś się przytulał, zapewne byli już i tacy po. W głowie szumiało mi już na tyle dobrze, że miałem odwagę odezwać sie do Laury. Początkowo typowe, chujowe, lukrowane teksty: jak się masz, co słychać i tak dalej. Mogłem jeszcze zapytać: która godzina, ewentualnie czy bolało jak spadała z nieba. Siedzieliśmy, śmialiśmy się, ocieraliśmy się o siebie. Laura grała na gitarze. Happysad, Czerwone Gitary, Hey, Dżem. Typowa, ogniskowa, studencka muzyka. Umiesz zagrać: Strachy na Lachy – Jedna taka szansa na sto - spytałem. Umiała. Czułem, że to jest właśnie moja jedna szansa na sto. Gitara powędrowała w inne ręce, a my poszliśmy się przejść. Blisko siebie, w milczeniu. Zaczęliśmy się całować. Kiedy się ocknąłem leżeliśmy na ziemi. Swój pierwszy raz miałem za sobą. Obiecaliśmy sobie na tym nie skończyć. Kilka miesięcy później zamieszkaliśmy razem. Laury rodzice wyjechali za pracą. Mieliśmy własny kąt, rodzice co miesiąc przysyłali pieniądze. Rozmawialiśmy o książkach, słuchaliśmy muzyki, spacerowaliśmy ale przede wszystkim kochaliśmy się. Myślę, że w tamtym czasie, ręką częściej dotykałem jej wilgotną, ciepłą, małą broszkę niż swoją brodę.

Czy w tym wszystkim była miłość? No właśnie.

*****

            Wstrzymałem oddech. Przekręciłem klucz. Nacisnąłem klamkę. Wszedłem do środka.

Zapach był mniej więcej zbliżony do tego, który znałem. Czego się spodziewałem? Zapachu rozkładającej się kobiety? Przeciągu i walających się wszędzie śmieci? Stada głodnych kotów? Po omacku wymacałem włącznik i włączyłem światło. Wszystko był takie jak kiedyś. Zdjąłem buty, odwiesiłem płaszcz. Z długiego korytarza przeszedłem do kuchni. Tu też wszystko było po staremu. Zeskrobałem z szyby w kuchni gazetę, nalałem sobie szklankę whisky, którą przezornie zapakowałem do walizki w G. Zgasiłem światło i popijając powoli patrzyłem przez okno. Jak przystało na kierownika rejonu, musiałem zaplanować od czego jutro zacząć. Bo właściwie od czego miałem zacząć? Przecież wciąż nie wiedziałem: po co kobieta która nie żyje mnie wezwała. Dolałem sobie whisky. Pracująca lodówka cicho poburkiwała.

Zapaliło się światło. W drzwiach kuchni stała Laura. Ogolona na łyso, z zaokrąglonym brzuchem, nieobecnymi oczami. Co się kurwa odpierdala – zdążyłem pomyśleć.

- To ty… – zamilkłem.

- Żyję – odpowiedziała nad wyraz lekko.

- Ale? – nie wiedziałem co mówić i co robić.

- Bo jesteś zwykłym chujem.

*****

            Podeszła bliżej i splunęła mi w twarz. Kładźmy się spać – zarządziła po chwili milczenia jak gdyby nigdy nic. Ja będę spała w naszym dawnym pokoju. Ty możesz spać gdzie chcesz. Zniknęła za drzwiami naszej dawnej sypialni, zazgrzytał zamek, którego nigdy wcześniej tam nie było.

Położyłem się w dużym pokoju, który był quasi salonem. Leżałem na kanapie miotany odruchami wymiotnymi. Jak łatwo dałem się nabrać. Dopiero teraz, nie wiedziałem co zrobić. Chciało mi się wrzeszczeć. Wiem, że cała ta sytuacja była moją winą. Czułem się zniszczony w każdym możliwym elemencie swojego życia.

*****

            Otworzyłem oczy. Było po piątej. Nigdy nie budziłem się tak wcześnie sam z siebie. Wiedziałem, że to co się ze mną dzieje to efekt wczorajszego rozczarowania tym, że Laura żyje. Do tego nosi, być może moje dziecko. Musiałem z nią porozmawiać. Lub uciec jak wtedy. Położyłem się na ziemi, plecami do dołu. Twardość pode mną przyniosła ze sobą nie wiedzieć czemu spokój. Usłyszałem żyjącą – nieżywą kobietę, po której przyjechałem posprzątać. Weszła do kuchni. Wstałem. Poszedłem jej śladem. Wyglądała tak samo jak w nocy. Smutna, nieobecna. Cierpiąca.

- Chcesz kawy? – spytała dość przyjaźnie.

- Chętnie.

- To zrób se. Albo niech Ci jakaś kurwa zrobi. – usłyszawszy to wiedziałem, że to nie będzie lekka rozmowa.

- Kawę trzymasz tam gdzie zawsze?

- Nie wiem, sprawdź se.

Odwróciłem się do niej plecami. Chciałem być jak dziecko i zabawić się w chowanego. Móc wierzyć, że jak jej nie widzę, to ona nie widzi mnie. Nie ma jej, nie mam nie. Nie ma nas tu i teraz. Mieszkania zaczynało być jak klatka do której lada moment miano wpuścić dwa psy gotowe się zagryźć. Chciałem się rozpłynąć, zniknąć. Cofnąć czas i tu nie przyjeżdżać. Skryłem głowę w szafce udając, że szukam kawy. Jak kurwa to rozegrać?

- Widziałam jak waliłeś wczoraj konia przed blokiem – w jej głosie wibrowała bezczelność.

- Nie waliłem konia. Proszę Cię, chyba tak nie myślisz. Chwilowe problemy z rozporkiem. Zresztą skąd wiesz? Przecież szyby są zaklejone gazetami.

- A co? sikałeś bo miałeś nerwa tu wejść? Dalej się moczysz jak się wystraszysz?
- Wiesz, byłem po podróży, wypiłem kilka piw w knajpie – zdawałem sobie sprawę, że brnę w gównie po kolana.

- Dlaczego mnie oszukałaś?

- Hahahah. Proszę, proszę. Ja ciebie oszukałam?

- Po co ten cały cyrk z tą śmiercią?

- Jaki cyrk? Tamta Laura nie żyje. Możesz po niej posprzątać. Chociaż… Wiesz? Muszę Ci pogratulować. Nigdy nie umiałeś się spakować, a w dniu, w którym uciekałeś zrobiłeś to idealnie. Zabrałeś wszystko.

- Musiałem.

- Ale co? Jakie musiałem? Uciec czy mnie zostawić? No, co musiałeś?

- Zostawić cię przez ucieczkę.

- To jakaś choroba?

- Co masz na myśli?

- Zostawienie poprzez ucieczkę. Brzmi jak z poradnika dla adeptów psychologii.

- Tak mi się powiedziało tylko.

- I tak samo ci się tylko uciekło.

- Nic nie rozumiesz.

- No nie i chcę żebyś mi to objaśnił. Potrafisz?

- Chyba nie.

- Aha, dziękuję. Dobrze wiedzieć.

Wkurwiałaś mnie – wyszeptałem. Zostałem sam. Kawa wystygła. Za oknem padało.

*****

            Zostawienie poprzez ucieczkę. Tak najłatwiej było mi to określić. Byliśmy ze sobą blisko cztery lata. Od jakiś dwóch czułem, że to nie to. Obmyśliłem plan, że któregoś dnia po prostu się spakuję i zniknę z jej życia. Szczerze powiedziawszy bardziej zależało mi żeby to ona zniknęła z mojego. Być może to najgłupsze, co można zrobić ale dla mnie było najłatwiejsze. Nie musiałem się tłumaczyć, przedstawiać argumentów, zapewniać, że tak będzie najlepiej dla nas obojga. Zabrzmi to cynicznie ale odechciało mi się kochać, a zabawa w przyjaźń była nie dla mnie. Fakt, mogłem z nią być dalej, udawać, że wszystko w porządku. Ale Laura była na to za mądra. Od razu by wiedziała, że coś nie tak. To był zwykły dzień. Jeden z 365. Wróciłem z pracy, dorabiałem sobie w uczelnianym ksero. Laura była gdzieś na mieście. Miałem czas. Do walizki zapakowałem wszystko, co należało do mnie. Należało do mnie umownie zresztą. Wszystko kupiła mi Laura za pieniądze rodziców. W szufladzie z bielizną miałem kopertę, w niej odłożony tysiąc złotych. Chciałem jej zostawić. Rozmyśliłem się. Zabrałem je ze sobą na poczet nowego życia. Jej wciąż pomagali rodzice. Ja nie miałem nic. Do tego musiałem zacząć na nowo. Pociąg zawiózł mnie do G. Zamieszkałem kątem u jednego z kolegów ze studiów. Jego była załatwiła mi pracę zastępcy kierownika rejonu. Ten zginął w wypadku i po trzech miesiącach to ja byłem głównym.  Zarabiałem przyzwoicie. Powoli stawałem na nogi. To Krzysiek był tym kolegą, który mnie przyjął, pomógł mi otworzyć nowy rozdział.

*****

            Aura była bardziej niż dziwaczna. Przebywaliśmy w jednym domu ale udawaliśmy, że się nie widzimy. Spędzałem czas albo w kuchni nad kawą albo w ciszy siedziałem na podłodze w pokoju, który chwilowo został mi użyczony. Miałem nieodpartą ochotę podejść do niej i ją wziąć. Wbić się w jej ciało. Spędziłem w nim przecież dużo czasu. Kiedy na przykład się kąpała miałem ochotę wejść do łazienki i zobaczyć na nowo jej uda, piersi, brzuch. Wszystko. Rozpoznawałem po dźwięku wody, którą część siebie właśnie obmywa. Łudziłem się, że mógłbym mokrą ręką szorować jej plecy, dotykać jej pośladków. Patrzeć na nią, wąchać, smakować wreszcie.

*****

- A to? – pokazałem na brzuch.

- To twoje – odrzekła obojętnie.

- Skąd mam mieć pewność?

- Myślisz, że jestem kurwą? Zwykłą szmatą, która nie wie kto ją posuwa? Chcesz to możemy po porodzie zrobić test na ojcostwo. Ja zapłacę za Ciebie, jak zawsze zresztą. Nie musisz mieć pełnego pęcherza.

- Nie o to chodzi. Mam pracę, zarabiam. A test to bardzo dobry pomysł. Nawet konieczność.

- Nie spodziewałam się, że potrafisz zarabiać. Zresztą widziałam się z Krzyśkiem. Mówił, że Ci pomógł. Myślisz, że już żałuje?

- Nie wiem. Ale ma moją wdzięczność.

- Pan Hrabia.

- No dobra. Ale co z tym – pokazałem znowu palcem na brzuch – Jakie są twoje oczekiwania?

- Urodzę je.

- I co dalej?

- Nie podam cię jako ojca. Szkoda dziecka. I tak będzie miał coś z Ciebie. Gorzej nie może zacząć.

- Daruj sobie uszczypliwości.

- Ty sobie daruj zgrywanie odpowiedzialnego. Uciekłeś ode mnie.

- Tak było najlepiej.

- Uciec? Nie mogłeś powiedzieć, że mnie nie chcesz, że nie chcesz ze mną być? Nie być! Dwa słowa. Tylko dwa! Widzisz jakie to proste?

- Wtedy takie nie było.

- Mogłeś wymyślić cokolwiek. Że masz kogoś i ten ktoś jest z tobą w ciąży. Prosto, łatwo i przyjemnie.

- Mogłem i żałuję. Ale nie chciałem twojego cierpienia.

- Spierdalaj. Nie chciałeś cierpienia i zostawiłeś mnie jak śmiecia. Jesteś, kurwa zwykłym idiotą. A dziecko, na pewno jest twoje!

Chciałem przyjebać jej w brzuch żeby wypluła tą fasolę, którą miała w sobie.

*****

- Ściągasz mnie tu, pod gównianym pretekstem swojej śmierci. Oczekujesz czegoś niewiadomo czego, że przysposobię dziecko, być może nie moje. Co jeszcze mam zrobić? Przeprosić? Oddać pieniądze?

- Jednak jesteś idiotą. Nie chcę pieniędzy, nie chcę twojej łaski w stosunku do dziecka. Do mnie tym bardziej. Chciałam Ci tylko pokazać, że mnie zniszczyłeś. Przestałam wychodzić do ludzi. Zakleiłam okna gazetami żeby schować się przed światem. Przez twój egoizm jestem nieżywa. Przegrana.

- Nie chciałem – to była jedyna odpowiedź jaką miałem.

- Nie chciałem. Ahaaaa. Dobrze, przeprosiny przyjęte. Czekaj.  O! O już jestem normalna. Sprawę uznajemy za zamkniętą. Czemu przyjechałeś? Bo się bałeś?

- Niby czego?

- Że będzie jakiś list, dowód, cokolwiek co Cię obarczy odpowiedzialnością za moją śmierć. A może chciałeś coś stąd wziąć? No śmiało! Książki? Może meble. A płyty? Nie chcesz? No weź. Weź wszystko i wypierdalaj!

- Nie chciałem – powtórzyłem naiwnie

- Proszę państwa! On nie chciał! Ale się stało. Zrozum. Już jest po wszystkim. Wszystko jasne, poznałeś prawdę. Żyję i mam się tragicznie. Ciesz się. Zniszczyłeś mnie. Gratuluję. Teraz ładnie idź po rzeczy i do widzenia! Dać Panu na bilet?

- Dziękuję, jeszcze mnie stać.

- Szkoda, że nie było Cię stać na bycie mężczyzną.

Nie pozostało mi nic innego jak zacząć się zbierać. Nic tu po mnie.

*****

- A pamiętasz jak śpiewałam dla Ciebie: Jedna taka szansa na sto?

- Pamiętam.

- Mieliśmy szansę spotkać kogoś innego. Przegapiłam dziewięćdziesiąt dziewięć lepszych szans. Jedną zmarnowałam na Ciebie.

*****

            Nie pamiętam jak i kiedy wyszedłem od Laury. Ocknąłem się w taksówce.

- Na dworzec, poproszę.

- To Pan już nie mówi po angielsku?

- Co proszę?

- Jechaliśmy tym samym pociągiem. Ja byłem z małżonką – zorientowałem się, kto do mnie mówi, to był ten starszy milczący gość.

- Tak wyszło. A właściwie dlaczego państwo całą drogę milczeli?

- Wie Pan w związku jest kilka etapów: na początek jęki, potem kłótnie i na sam koniec, jak się wszystko przetrwa następuje milczenie. Ale milczenie nie byle jakie. Tylko milczenie dojrzałe, bo milczeć trzeba umieć i mieć przede wszystkim z kim.

*****

            Miałem jeszcze trochę do odjazdu. Znów zamówiłem kilka piw u tego samego kelnera. Wciąż było szaro i pusto. Powrotny pociąg do G. na szczęście był podstawiany i nie miałem problemu ze znalezieniem miejsca. Wybrałem pusty przedział. Zdjąłem płaszcz. Rozpiąłem ostatni guzik koszuli. Zamknąłem oczy i czekałem aż ruszymy żeby uciec z tego miasta.

- Przepraszam, można usiąść?

Znałem ten głos. To była Laura. Bez brzucha. Z oczami pełnymi dobra.

Blackburn, 2014

Kilka niepotrzebnych słów

- Poranny serwis informacyjny: Jak nieoficjalnie udało się ustalić naszym reporterom dziś pod Elblągiem…

- Ścisz to rzępolenie, bo nic radia nie słychać!

- Rzępolenie? Lorenc, a Ty, że rzępolenie?

- …tożsamości. Policja wyjaśnia wszystkie okoliczności zdarzenia. W Sejmie trwa głosowania nad…

- Możesz dalej rzępolić tego Lorenca. Idę na zakupy.

- Idź, idź, spokój będzie.

***

- Robię kawę, chcesz?

- A zrób.

- Puka ktoś, otwórz weź!

- Dzień dobry! List dla naszego pisarza, wołać nie trzeba, Pani tu się podpisze i gotowe.

- Masz, listonosz przyniósł.

***

Szanowny Panie Tadeuszu

Ludzie kulturalni pisząc do kogoś pierwszy raz, winni na samym początku przedstawić się odbiorcy z nazwiska, a przynajmniej z imienia. Nie przedstawię się, i to nie kwestia mojego wychowania. Wyrachowania. Nie zrobię tego, ponieważ i tak to nic panu nie powie. Piszę do pana umyślnie. Nie oczekuję ani współczucia, ani zrozumienia, nie chcę też w odpowiedzi pańskiej książki z autografem, nie załączam swoich literackich prób do ocenienia. Piszę do Pana, bo mam zamiar się zabić, tak – po prostu się zabić, zarżnąć, zdechnąć, zajebać się na śmierć. To nawet nie zamiar – to pragnienie. Taka zwyczajna rzecz, nic wielkiego, małe samobójstwo, samobójsteweczko. Może lokalna prasa spróbuje dociec, czemu ktoś tak młody, niesprawiający problemów, mówiący z uśmiechem dzień dobry, przytrzymujący sąsiadce drzwi, niespodziewanie odbiera sobie życie, mając przy tym czelność nikogo nie informować, nie zgłaszać, nawet małego liściku do rodziny, przyjaciół, choćby głupiego pożegnania na społecznościowym, czegoś w stylu: pieprzę wszystko, was pieprzę, śpieszcie się pierdolić, właśnie się zabijam. Nic, tak mało medialnie, intymnie, bez polotu. List napisałem dzień przed śmiercią, zatem gdy Pan to teraz czyta, powinienem mówić o sobie tylko i wyłącznie w czasie przeszłym, jednak pozwolę sobie pisać w formie wygodnej dla mnie, jakby nie było to ja się zabijam i to ja po raz ostatni mogę czegoś oczekiwać. Zapewne zastanawia się Pan coraz bardziej, w jaki sposób chcę pożegnać się ze światem. Tegoż też nie zdradzę, za dużo widziałem w swoim krótkim życiu zbiegów okoliczności albo wydawało mi się, że to jedynie zwykłe zbiegi okoliczności. Być może zacznie Pan teraz szukać wzmianek o mojej śmierci w Internecie, odnajdzie Pan apel zrozpaczonej rodziny i odeśle im ten list, a tego bym nie chciał. Opuszczając świat, piszę tylko do Pana, nikt więcej nie dostanie ode mnie nic. Ośmieliłem się napisać, bo po prostu lubię czytać pańskie książki, każdą kolejną prędzej czy później oglądałem jak dumnie prężyła przede mną swój grzbiet na półce. Czytałem i zazdrościłem umiejętności posługiwania się słowem, mówienia w imieniu bohaterów takich rzeczy o życiu, które i ja sam chętnie bym wypowiedział, ale potrafiłem dopiero, gdy Pan już to robił za mnie. Nie próbowałem nigdy pisać, widać za mało miałem w sobie odwagi, wstydziłem się samego siebie, pisać do szuflady i odkładać na później historie pełne histerycznego cierpienia – to nie dla mnie. Wolałem się wesprzeć na kimś, zaufałem Panu i odnalazłem w tych słowach swój świat.

Ochłonął już pan ze świadomością, że rozmawia pan z nieznajomym umarlakiem? Cóż za ironia godna książkowego rozwinięcia. Gdyby chciał Pan skorzystać z tego chwytu, służę uprzejmie. Proszę mnie tylko dopisać do spisu osób pomagających przy powstawaniu książki. O samobójcach mówi się przeważnie w kontekście egoistów, którzy z braku odwagi w stosunku do świata, zabijają się i nikomu nic mówią, a zawsze gdzieś, czeka ktoś…. Nie chciałem być do tego wszystkiego posądzony i o egoizm, choć każdy w życiu musi przede wszystkim myśleć o sobie, żeby na każdym kroku nie dostawać w dupę od silniejszych. Piszę ten list do kogoś, a zatem egoistą nie jestem. Jeśli jest z tym Panu źle, proszę wybaczyć, tylko ten adres przyszedł mi do głowy, jako godny kilku niepotrzebnych słów. Nie ma co tu dużo mówić. Poddałem się, znudziła mi się ta ciągła szarpanina z samym sobą. Od kilkunastu lat wszystko wyglądało tak samo, kiedy myślałem, że jest wtorek, za oknem już budził się piątek. Traciłem orientację, każdy dzień wyglądał jak poprzedni i kilka kolejnych, które dopiero miały nadejść. Czasami w kalendarzu pojawiały się przypomnienia, że coś, że ktoś, jakieś spotkanie, jakiś koncert. I teraz każdy dzień czekania, wydłużał mi to życie jeszcze bardziej. Nie dość, że i tak dni były takie same, to jeszcze jak na złość wszystko zwalniało, czas stawał w miejscu. Dochodziło do sytuacji krytycznych, umówione spotkania przestawały być umówionymi w ostatniej chwili. Nagle mozolne czekanie stawało się wysiłkiem ponad miarę. Niepotrzebnym mi, a tym bardziej komuś. Widziałem, jak za oknem cały świat falował, szedł do przodu, samochody stawały i odjeżdżały, światła w mieszkaniach zapalały się i gasły. U mnie nigdy, karnawał monotonnego życia marnowania trwał w najlepsze. Wstawałem i już wiedziałem, że to wszystko na nic, kolejny stracony dzień rozpościerał się za oknem. Zdarzały się sytuacje, że wysyłałem do każdego z listy znajomych pusty esemes i czekałem ile osób się zainteresuje, odpisze, zadzwoni. Czasami nikt, czasami ledwie parę osób. Po pewnym czasie i tego zaprzestałem. Miałem dosyć szczególnie jednego, który oddzwaniał z roześmianą gębą i zamiast drążyć temat pustej wiadomości, opowiadał mi, że wraca z nad morza z kolegami i że dupczyli w krzakach dwie małolaty, które się kurwa nic nie dewociły i musieli zatykać im fiutami buzię, bo tak się darły, że przychodzili ludzie z okolicznych smażalni ryb, a oni rżnęli je wtedy bardziej i jeszcze głębiej wpychali im te naprężone, oślinione fiuty. Miałem dosyć tych fanaberii, opowieści ze świata, do którego nie wiedziałem jak dotrzeć. Kończyły się noce, kończyły się dnie, wreszcie i ja zacząłem się kończyć. Za ścianą mieszkali rodzice, rzadko tam zachodziłem, nie miałem zresztą potrzeby. Obiady w milczeniu, bo przy stole cisza rzecz święta, potem jadałem u siebie, zawsze łatwiej o ciszę. Nie lubiłem zapachu własnego domu, nie lubiłem jego odgłosów. Doskonale wiedziałem, co znaczy każdy z nich, kiedy po domu kręcił się ojciec, a kiedy matka. Nienawidziłem ich, choć na dobrą sprawę nie zrobili mi nic złego, poza tym, że chyba cała moja niechęć do nich brała się z tego, że zrobili mnie, po prostu. Moja twarz, która doprowadzała mnie do wymiotów każdego ranka, zwisający brzuch, z którym nie mogłem sobie poradzić w żaden sposób. Patrzyłem na siebie w lustrze i myślałem, że zajmuję sobą czyjeś miejsce. Sąsiedzi z klatki obok mieli syna. Wysoki, postawny, z opanowanymi biegle czterema językami. Staż w Anglii, Francji, Włoszech, Grecji. Ikona zapyziałego osiedla, symbol życiowej zaradności, wzór do którego uwielbiali równać mnie rodzice. I nagle zniknął, aż pojawił się na drzwiach wejściowych nekrolog. Zmarł Andrzej Biskupiec, lat 24, o czym zawiadamia pogrążona w smutku rodzina. Matka biegała wtedy do nich zrozpaczona, spać nie mogła, całkowity odjazd, jakby to mnie chowała, a ja siedziałem u siebie i bałem się, że przyjdzie i będziemy musieli rozmawiać. Andrzej zmarł na białaczkę, w trzy miesiące synek go rozłożyło – skrzeczała jak tylko mnie wypatrzyła na przedpokoju. Może byś poszedł krew przebadał, wziął się za siebie. Miałem się niestety dobrze na miarę swojego życia. Fanaberie matki trwały jeszcze jakieś pół roku, nażarłem się wtedy tabletek za cały pluton. Brom, srom i pastylki na wyciągu z koziej dupy. Potem okazało się, że ten Andrzejek to był zwykły pedał, dupsko mu się już nie domykało, taki sobie port lotniczy otworzył, przelot międzynarodowy miał. Pewnej nocy ułożony, starszy pan zostawił mu po sobie nie tylko wspomnienie upojnej nocy i kilkaset eurasów za strumyk świeżej spermy na pięknie opalonej, w solarium Ibiza” buźce. Nie było Andrzejka, matka nie miała mnie do kogo równać, ale i na to znalazłem sposób.

Któregoś dnia rozwiesiłem na dzielnicy nekrolog matki, pomyliłem daty pogrzebu i polazłem do szkoły zamiast siedzieć w domu. Zszokowany dyrektor zobaczył mnie na korytarzu, złapał pod rękę i zapakował do samochodu. Za chwilę dosiadła się szkolna delegacja i jechaliśmy pod mój dom. Do dziś pamiętam pięknie pachnące gałązki świeżego świerku. Pod blokiem matka natknęła się na delegację z wielkim wieńcem. Nie zapomnę gdy się w niego wpatrywała i czytała z szarfy pożegnanie dla samej siebie. Nigdy więcej nie mieliśmy na święta świeżej choinki. Od tamtego momentu prawie nie rozmawialiśmy. Nie żałuję. Zapewne czyta Pan i dalej nie wie co zrobić, nieznajomy facet przysyła list, zapewnia, że od kilku dni nie żyje i do tego opowiada brednie jak z programu o najgłupszych historiach życia. Napisałem ten list żeby się wygadać, żeby ktoś wiedział, że na świecie istnieją tacy jak ja, świadomi samobójcy. Mógłby Pan ten list przesłać do mediów. Ale po co? I tak powiedzą, że stchórzyłem, że wszyscy by mi pomogli, mogłem zadzwonić na infolinię, tam siedzieli i czekali na takich jak ja, znali magiczne zaklęcia, które prostowały poplątane życia. Ci, którzy tej pomocy jak ja nie szukali, tkali spokojnie nić, która oplatała ich szyje.

***

- Co nic nie mówisz. Kto napisał?

- Nie wiem, to strasznie dziwne.

- Jak?! Nie wiesz, kto ci listy przysyła?

- Zwyczajnie się nie podpisał.

- Czego chce?

- Pisze, że się zabił, a zamiast z rodziną ze mną się żegna.

- Stary, ty się dobrze czujesz?

- Czytaj!

- Matko boska! To list samobójcy! Trzeba szybko na Policję, niech szukają, może znajdą, może uratują!

- Widzisz, że nie chce żeby go ratować. Trzeba uszanować wolę.

- I co teraz?

- Nic. Szkoda. Jedna książka mniej się sprzeda.

Gdynia 2012

Opowiadanie jest całkowitą fikcją literacką. 

Cover czyli różna historia jednej piosenki

Ahoj!

Dziś to „Ahoj!” będzie przydatne jak nigdy. Będzie trochę marynistycznie. Czerwone Gitary to było coś! (w sumie nadal jest, czemu nie?). Krzysztof Klenczon gdy opuścił Czerwone występował wspólnie z zespołem Trzy Korony (w latach 1970 – 1972). Z nagranej płyty Krzysztof Klenczon i Trzy Korony pochodzi większości znany utwór Port.

Na jej przykładzie chciałbym pokazać Państwu jak NIE POWINNO się tworzyć coverów piosenek, które mają swoje miejsce w historii muzyki. Kiedy usłyszałem ten cover pierwszy raz, poczułem się troszkę jakbym dostał z liścia w. Naprawdę. I to w sumie, od kogoś po kim bym się nie spodziewał… aż tak. W 2012 światło dzienne ujrzała płyta De Mono – Spiekota. Piosenki lat 60 i 70 a’la Reggae. To właśnie na niej jest to:

Nie poszło jednym słowem. I najgrosze jest to, że podpisał się pod tym Krzywy, człowiek, który przez 1,5 roku był w DAAB-ie  (Fala ludzkich serc, W moim ogrodzie, itp.) – legendzie polskiej sceny reggae. Miało być fajnie, wyszło reggapolo. Jak to mówi współczesny Internet: „chujowo ale stabilnie”, a koniec końców „hajs musi się zgadzać”.

A można się nie silić i przypomnieć Port o tak:

Nagrano zresztą płytę w hołdzie Klenczonowi:

http://www.polskieradio.pl/7/15/Artykul/725779,Soyka-Muniek-i-inni-w-holdzie-dla-Klenczona

Można jeszcze posłuchać tej płyty:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rzeka_dzieci%C5%84stwa

A tu kilka piosenek z niej:

PS.
Tak wyglądał p. Andrzej w DAAB – ie:

Wypadek czyli „komciaj to lajf”

Moim zdaniem, Panowie zjebali po konkrecie tak bajecznie medialną sytuację.

 W alternatywnej rzeczywistości powinno to wyglądać tak:

3…2…1…Teraz!

- Fala powrotów z grobów bliskich powinna przypaść na niedzielne popołudnie.

Jebut!

- O! Drodzy Państwo jesteśmy świadkami wypadku. Przebieg akcji na żywo tylko dzięki nam! Podejdźmy zobaczyć, co się stało. Ale zanim porozmawiamy z ofiarami, przypominam Państwu o możliwości wygrania tabletu z bezprzewodowym dostępem do Internetu, dzięki któremu można z wydarzeń takich jak to, od razy zamieścić zdjęcia w serwisach społecznościowych.

Mówi do ręki: Wojtku puść grafikę ze statystyką pijanych kierowców podczas akcji „Listopad” rok do roku.

- Dobry wieczór, nazywam się Redaktor Ważny – mówi do środka rozbitego auta – jak się Państwo czują? Aha, boli pana noga. Zapytajmy eksperta. Jest z nami odwołany niedawno ze stanowiska ministra zdrowia pan Andrzej Wyleczaj. Jak pan patrzy na ten przypadek? Jak ocenia Pan szansę poszkodowanego?

- Hmmm to zależy, bo jeśli będziemy robili na „państwówkę” to zalecałbym całkowitą amputację kończyny, najlepiej obu. Profilaktycznie, gdyż oczekiwanie na amputację w chwili obecnej to około dwóch lat. Z tym, że chciałbym zaznaczyć, że przed moją dymisją wraz moimi współpracownikami opracowałem dokładne wytyczne jak należy postępować z ofiarami wypadku z kontuzjami kończyn dolnych. Niestety, chcę to wyraźnie zaznaczyć, pan Witold Zaleczaj, który zajął moje miejsce, po objęciu teki ministra storpedował ten projekt i przez to ten Pan teraz cierpi. To są fakty.

- A jaką widzi pan dla poszkodowanego alternatywę?

- Operacja plus rehabilitacja powinna być wystarczająca. Najlepiej byłoby to zrobić za granicą, z tym że koszta spadają na poszkodowanego i rodzinę.

- A składki ubezpieczenia?

- To już akurat nie jest moja działka.

- Czyli pacjent zostanie sam ze sobą?

- Można kwestę, jakaś fundacja może pomoże. Jest szereg rozwiązań poza systemowych.

- Dziękuję. Przypominamy jesteśmy w trakcie relacji na żywo z wypadku, który miał miejsce na naszych oczach. Więcej zdjęć na naszej stronie internetowej. Do wygrania są wciąż atrakcyjne i ekskluzywne tablety z wifi. Miał być z nami dyrektor WORD jednakże nie może przybyć, ze względu na prowadzone postępowanie wyjaśniające w sprawie podejrzenia o nielegalne zaliczenie co najmniej dwustu egzaminów na prawo jazdy przez ostatnie 7 lat. Ale jest z nami Pan Marian. Z zawodu taksówkarz i dyrektor szkoły jazdy. Po stronie którego z kierowców może leżeć wina?

- To ciężko powiedzieć na gorąco, potrzeba by zwołać komisję, przepytać świadków. Ja mogę ze swojej strony zapewnić, że my jako instruktorzy robimy wszystko jak najlepiej.

- Dziękuję. Na miejscu pojawiają się już służby. Jest z nami krajowy koordynator ratownictwa medycznego. A jak ocenia Pan przygotowania polskiej służby medycznej do walki z ebolą?

- Panie redaktorze, nie wydaje mi się aby to był odpowiedni moment na tego typu rozmowę. Powinniśmy teraz porozmawiać o systemie ratownictwa medycznego. Co jest dobre, co należy poprawić. Nie interesuje Pana jak wypadamy na tle Europy?

- To jest ważne, na pewno ale czy może Pan wykluczyć, że żadna z osób biorących udział w wypadku nie jest zarażona wirusem ebola?

- Oczywiście, nie można.

- Dziękujemy. Dotarł do nas pan Marek Zawszeporządny. Dobry wieczór.

- Szczęść Boże.

- Jak Pan ocenia? Kto odpowiada za zaistniałą sytuację?

- Tusk! On nie zrobił nic dobrego dla tego kraju, do tego uciekł. Tfuuu. Jak zdrajca. Poza tym ja jestem kierowcą od 40 lat i nigdy nawet nie dostałem mandatu, a do tego mam jedną żonę też od 40 lat.

- Ale wie Pan, jako kandydat do rady miasta może powinien Pan spojrzeć na problem lokalnie. Może ktoś zawiódł przy projektowaniu skrzyżowania?

- Na pewno to wina tamtych. Bo jak my byliśmy przy korycie, znaczy się przy władzy, to myśmy to zaprojektowali, a oni tylko przecięli wstęgę. A zresztą jak było w Smoleńsku? Być może któryś z kierowców opowiadał się za gender? Sprawiedliwość zawsze się upomni o swoje.

- Podchodzę teraz do Pani, która od początku przygląda się sytuacji. Dobry wieczór.

- Dobry wieczór Panie redaktorze. Tonapewnoprzezwstrzykiwaniemarichuanyigejostwobotogejezawszenarkomanisąnatobadaniaświatoweiwszystkojestjasneiwiadome.

- Jesteśmy już z Panem komisarzem z Wydziału Ruchu Drogowego. Dobry wieczór.

- Myślę, że każdy z kierowców dostanie po 1000 złotych mandatu, ta kwota oczywiście może wzrosnąć. Musimy dokładnie przeanalizować całość sprawy. Pan z Mercedesa już dostał 500 złotych mandatu ponieważ nie wystawił trójkąta ostrzegawczego, a samo to, że ów trójkąt wystaje z bagażnika, się nie kwalifikuje do uznania go za rozłożony. Myślę również, że jasno widać na tym przykładzie, że gdyby stał tu fotoradar, to do tego zdarzenia by nie doszło. Rozmawiałem już z Panem kierowcą z vana, poinformowałem go o możliwym 25 letnim pobycie w więzieniu.

- Za co?

- Ponieważ blokuje skrzyżowanie, a taka blokada traktowana jest jako manifestacja, a bez zezwolenie na manifestację jest to manifestacja nielegalna. Być może o podłożu neofaszystowskim lub kibolskim. Jesteśmy w trakcie ustalania jego mocodawców, bo to z pewnością akcja inspirowana z zewnątrz.

- Nie uważa Pan, że to trochę za wysoka kara. W sprawie Bamber Gold chociażby, zapadną tak surowe wyroki?

- To jest co innego. W tamtej sprawie nikt nawet nie został podrapany. A tutaj? Sam Pan widzi.

 - Na tym kończymy nadawanie z miejsca wypadku. Dziękuję za uwagę. Nasza stacja jest zawsze tam gdzie dzieje się coś ważnego. Jesteśmy przed czasem na czas. Przypominam, że wciąż można wysłać esemes o treści: tablet żeby wygrać tablet z wifi.

PS.

1. Oczywiście mam pełen szacunek do ofiar.

2. Nie mam za to za grosz zrozumienia do nieprzerwania transmisji. Ba, do kontynuowania jej i komentowania na żywo jak jakiegoś widowiska sportowego. Panów było dwóch. Jeden chociaż mógł podejść, zapytać, cokolwiek (w komentarzach pod filmem pojawiają się wpisy, że była grupa osób, która do samochodów dotarła szybciej od panów „redaktorów”).

Zbieżność jakakolwiek do kogokolwiek i czegokolwiek jest zupełnie przypadkowa.

Work czyli pracuję w UK

            Wieczór był jak każdy kolejny. Wróciłem z pracy. Kąpiel, obiad, coś ogarnąć i do spania żeby znowu praca, kąpiel, obiad coś ogarnąć i do spania. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Chwilę po kolacji poczułem coś niesamowitego. Kluchę w przełyku. Jednocześnie nie mogłem złapać tchu i chciało mi się rzygać. Na przemian. Wiecie jak wygląda kot, który próbuje zwrócić kluchę z włosów, które sam sobie przed chwilą wylizał? Wyglądałem podobnie, a czułem się zdecydowanie gorzej. Po jakiś 30 minutach bycia puszkiem zapakowałem się w auto i pojechałem do szpitala. Oczywiście cały czas mnie cofało. W szpitalu na początek wytłumaczenia: co, jak i po co tu jestem. Za chwilę znowu to samo: co, jak i po co. Tyle, że wtedy było przy okienku, a teraz w pokoiku z pielęgniarką. Ok, usiądź tam i czekaj. Czekałem zatem, a klucha ciągle mnie brała na rzyga. Przynajmniej oddychać mogłem ciut lepiej. Po jakiś 25 minutach zaprosił mnie do siebie lekarz. Na pogawędkę. Co, po co i dlaczego. Ok, usiądź sobie tam i poczekaj. Przyszedł kolejny lekarz. Zatem: co, po co i dlaczego. Bo mam kluchę i mnie cofa. A weź to wszystko tłumacz po angielsku, jak po każdym słowie bierze cię na rzyga. Ok, to tu posiedź i poczekaj. Z osiem razy podszedłem do zlewu bo myślałem, że to moment na wiecie co. Jednak bez zmian. Wrócił lekarz. Spojrzał. Oho. Dygresja: jak ktoś z was może spędził ze mną trochę czasu (co jest wyzwaniem) mógł się dowiedzieć, że czasami mam jedną źrenicę większą, a jedną mniejszą (podobno to oznaka dużej inteligencji, w co jestem w stanie uwierzyć). Lekarz zauważył. Wypytał czy ćpałem coś, cokolwiek. Nie, nie ćpałem. Ok, to posiedź tu. Zaraz wrócę. Wrócił, dał mi skierowanie na rentgen. Poszedłem, czekałem. Nie doczekałem się. Przyszła po mnie pielęgniarka. Wracam na to samo łóżko. Lekarz wyjaśnia mi, że nie wie co. Ja zacząłem czuć się debil, który ściemnia. Dosłownie. Jeszcze te źrenice. No ale co mogłem? Nawet rzygnąć nie mogłem. Wciąż oczekiwałem na eutanazję czy coś. Na poradę znaczy się. Czekałem w sali przedzielonej parawanem. Za parawanem mężczyzna opowiadał, że boli go kolano, które jakiś czas temu miał operowane ale popił i się wywrócił, a ból wrócił. Zjawił się lekarz i powiedział, że ma dla mnie lekarstwo! Dostałem ciepłą herbatę i kanapkę! Której smak mogłem sobie wybrać. Wziąłem z serem. Oczywiście miałem zerowy apetyt. Wziąłem kilka kęsów z narastającą ochotą wyrzygania się. Cóż innego mogło nastąpić? A co lekarz na to? Zjedz, popij i poczekamy. Wrócił. Lepiej? Nie. Aha. To posiedź. Ile można siedzieć? Wróciła pielęgniarka. Co, jak i dlaczego. Opowiedziałem. Dostałem zastrzyk. Bo to podobno na tle nerwowym. A zapewne myśleli, że jestem naćpanym hipochondrykiem. Z Polski. I zapewne ukradłem jakiemuś biednemu Anglikowi miejsce pracy i żyję jak większość krajan z zasiłków.  Pielęgniarka zniknęła, a ja czekałem. Mój lekarz też się ulotnił. A ja czekałem. W końcu poszedłem zapytać kogoś, czy mogę sobie już pójść, czy jeszcze mam coś zjeść. Napatoczył się lekarz, który przejął mnie po tamtym bo była zmiana zmian. Powiedziałem, że wciąż mam kluchę, ciska mną na rzyga ale chcą stąd pójść. Lekarz się zgodził. Poradził mi żebym wypił w domu piwo. Cheers, nara i powrót. Do szpitala pojechałem po 20, wróciłem po 1:00. Jakbym wiedział to bym nie ruszał kolacji i najadł się w szpitalu. O 5 wstałem do roboty, cały dzień miotało mną jak mruczkiem, który chciał wyrzygać kłębek włosów, które wylizał sobie z jaj (podobno lubienie swoich postów na FB też jest jak lizanie sobie jaj). Kluchę mam do dziś, co kilka dni. Mam też tabletki i syrop od doktora (rodzinnego, chyba) Ahmeda co też nie wiedział, co to za wredna klucha się mnie uczepiła.

Błogosławieństwo sakramentu siódmego

     Siedzielim wtedy pod trzepakiem i wybieralim króla charchy. Kto bliżej i większym glutem trafił w oddalony o jakieś dziesięć kroków kapsel, obnosił się z godnością króla do następnej edycji wydarzenia. Traf chciał, że kiedym wycelował pocisk sporawy, na linię strzału nawinęła się cycata brunetka z biedronką na siatce. Żółtawozielony gil usadowił się na rozporku nieznajomej i kisielowata lawina poczęła sunąć ku dołowi zboczem łona. Czułem, że umieram. Nieznajoma jak gdyby nigdy nic ściągnęła gluta palcem i połkła. Oblizała spokojnie wargi i z głupiutkim uśmiechem powiedziała: Pochwalony, nazywam się Maryjola i bede tu mieszkać, więc musimy się zakumplować. Siatka zagrała arię rozpisaną na dwanaście jaboli. Z jej pierwszego dnia tutaj, pamiętam jeszcze przez mgłę orgię w wiacie śmietnika. Mariola była na tym osiedlu jedyną osobą, która zamiast przeszłości osobowej miała przeszłość łóżkową. Nigdy nie mówiła skąd jest, ile ma lat, za to chętnie opowiadała gdzie, z kim i jak to robiła. Dzieliła się zresztą z nami swoim ciałem i doświadczeniem nad wyraz chętnie. Potrafiła spalić kota, pobić śliniącego się na widok jej cycków kierownika i oglądać z dziadkami ostre porno.

     Któregoś z rzędu sierpnia coś w niej pękło. Powiedziała, że pieprzy takie życie. Zaciągnęła Łysego przed ołtarz i ugrzęzła między pieluchami, a regularnym oczu podbijaniem, tchnienia przyduszaniem, palców połamaniem, włosów przypalaniem, szpilek pod paznokieć wbijaniem, siódmego sakramentu błogosławieniem.