Kilka niepotrzebnych słów

- Poranny serwis informacyjny: Jak nieoficjalnie udało się ustalić naszym reporterom dziś pod Elblągiem…

- Ścisz to rzępolenie, bo nic radia nie słychać!

- Rzępolenie? Lorenc, a Ty, że rzępolenie?

- …tożsamości. Policja wyjaśnia wszystkie okoliczności zdarzenia. W Sejmie trwa głosowania nad…

- Możesz dalej rzępolić tego Lorenca. Idę na zakupy.

- Idź, idź, spokój będzie.

***

- Robię kawę, chcesz?

- A zrób.

- Puka ktoś, otwórz weź!

- Dzień dobry! List dla naszego pisarza, wołać nie trzeba, Pani tu się podpisze i gotowe.

- Masz, listonosz przyniósł.

***

Szanowny Panie Tadeuszu

Ludzie kulturalni pisząc do kogoś pierwszy raz, winni na samym początku przedstawić się odbiorcy z nazwiska, a przynajmniej z imienia. Nie przedstawię się, i to nie kwestia mojego wychowania. Wyrachowania. Nie zrobię tego, ponieważ i tak to nic panu nie powie. Piszę do pana umyślnie. Nie oczekuję ani współczucia, ani zrozumienia, nie chcę też w odpowiedzi pańskiej książki z autografem, nie załączam swoich literackich prób do ocenienia. Piszę do Pana, bo mam zamiar się zabić, tak – po prostu się zabić, zarżnąć, zdechnąć, zajebać się na śmierć. To nawet nie zamiar – to pragnienie. Taka zwyczajna rzecz, nic wielkiego, małe samobójstwo, samobójsteweczko. Może lokalna prasa spróbuje dociec, czemu ktoś tak młody, niesprawiający problemów, mówiący z uśmiechem dzień dobry, przytrzymujący sąsiadce drzwi, niespodziewanie odbiera sobie życie, mając przy tym czelność nikogo nie informować, nie zgłaszać, nawet małego liściku do rodziny, przyjaciół, choćby głupiego pożegnania na społecznościowym, czegoś w stylu: pieprzę wszystko, was pieprzę, śpieszcie się pierdolić, właśnie się zabijam. Nic, tak mało medialnie, intymnie, bez polotu. List napisałem dzień przed śmiercią, zatem gdy Pan to teraz czyta, powinienem mówić o sobie tylko i wyłącznie w czasie przeszłym, jednak pozwolę sobie pisać w formie wygodnej dla mnie, jakby nie było to ja się zabijam i to ja po raz ostatni mogę czegoś oczekiwać. Zapewne zastanawia się Pan coraz bardziej, w jaki sposób chcę pożegnać się ze światem. Tegoż też nie zdradzę, za dużo widziałem w swoim krótkim życiu zbiegów okoliczności albo wydawało mi się, że to jedynie zwykłe zbiegi okoliczności. Być może zacznie Pan teraz szukać wzmianek o mojej śmierci w Internecie, odnajdzie Pan apel zrozpaczonej rodziny i odeśle im ten list, a tego bym nie chciał. Opuszczając świat, piszę tylko do Pana, nikt więcej nie dostanie ode mnie nic. Ośmieliłem się napisać, bo po prostu lubię czytać pańskie książki, każdą kolejną prędzej czy później oglądałem jak dumnie prężyła przede mną swój grzbiet na półce. Czytałem i zazdrościłem umiejętności posługiwania się słowem, mówienia w imieniu bohaterów takich rzeczy o życiu, które i ja sam chętnie bym wypowiedział, ale potrafiłem dopiero, gdy Pan już to robił za mnie. Nie próbowałem nigdy pisać, widać za mało miałem w sobie odwagi, wstydziłem się samego siebie, pisać do szuflady i odkładać na później historie pełne histerycznego cierpienia – to nie dla mnie. Wolałem się wesprzeć na kimś, zaufałem Panu i odnalazłem w tych słowach swój świat.

Ochłonął już pan ze świadomością, że rozmawia pan z nieznajomym umarlakiem? Cóż za ironia godna książkowego rozwinięcia. Gdyby chciał Pan skorzystać z tego chwytu, służę uprzejmie. Proszę mnie tylko dopisać do spisu osób pomagających przy powstawaniu książki. O samobójcach mówi się przeważnie w kontekście egoistów, którzy z braku odwagi w stosunku do świata, zabijają się i nikomu nic mówią, a zawsze gdzieś, czeka ktoś…. Nie chciałem być do tego wszystkiego posądzony i o egoizm, choć każdy w życiu musi przede wszystkim myśleć o sobie, żeby na każdym kroku nie dostawać w dupę od silniejszych. Piszę ten list do kogoś, a zatem egoistą nie jestem. Jeśli jest z tym Panu źle, proszę wybaczyć, tylko ten adres przyszedł mi do głowy, jako godny kilku niepotrzebnych słów. Nie ma co tu dużo mówić. Poddałem się, znudziła mi się ta ciągła szarpanina z samym sobą. Od kilkunastu lat wszystko wyglądało tak samo, kiedy myślałem, że jest wtorek, za oknem już budził się piątek. Traciłem orientację, każdy dzień wyglądał jak poprzedni i kilka kolejnych, które dopiero miały nadejść. Czasami w kalendarzu pojawiały się przypomnienia, że coś, że ktoś, jakieś spotkanie, jakiś koncert. I teraz każdy dzień czekania, wydłużał mi to życie jeszcze bardziej. Nie dość, że i tak dni były takie same, to jeszcze jak na złość wszystko zwalniało, czas stawał w miejscu. Dochodziło do sytuacji krytycznych, umówione spotkania przestawały być umówionymi w ostatniej chwili. Nagle mozolne czekanie stawało się wysiłkiem ponad miarę. Niepotrzebnym mi, a tym bardziej komuś. Widziałem, jak za oknem cały świat falował, szedł do przodu, samochody stawały i odjeżdżały, światła w mieszkaniach zapalały się i gasły. U mnie nigdy, karnawał monotonnego życia marnowania trwał w najlepsze. Wstawałem i już wiedziałem, że to wszystko na nic, kolejny stracony dzień rozpościerał się za oknem. Zdarzały się sytuacje, że wysyłałem do każdego z listy znajomych pusty esemes i czekałem ile osób się zainteresuje, odpisze, zadzwoni. Czasami nikt, czasami ledwie parę osób. Po pewnym czasie i tego zaprzestałem. Miałem dosyć szczególnie jednego, który oddzwaniał z roześmianą gębą i zamiast drążyć temat pustej wiadomości, opowiadał mi, że wraca z nad morza z kolegami i że dupczyli w krzakach dwie małolaty, które się kurwa nic nie dewociły i musieli zatykać im fiutami buzię, bo tak się darły, że przychodzili ludzie z okolicznych smażalni ryb, a oni rżnęli je wtedy bardziej i jeszcze głębiej wpychali im te naprężone, oślinione fiuty. Miałem dosyć tych fanaberii, opowieści ze świata, do którego nie wiedziałem jak dotrzeć. Kończyły się noce, kończyły się dnie, wreszcie i ja zacząłem się kończyć. Za ścianą mieszkali rodzice, rzadko tam zachodziłem, nie miałem zresztą potrzeby. Obiady w milczeniu, bo przy stole cisza rzecz święta, potem jadałem u siebie, zawsze łatwiej o ciszę. Nie lubiłem zapachu własnego domu, nie lubiłem jego odgłosów. Doskonale wiedziałem, co znaczy każdy z nich, kiedy po domu kręcił się ojciec, a kiedy matka. Nienawidziłem ich, choć na dobrą sprawę nie zrobili mi nic złego, poza tym, że chyba cała moja niechęć do nich brała się z tego, że zrobili mnie, po prostu. Moja twarz, która doprowadzała mnie do wymiotów każdego ranka, zwisający brzuch, z którym nie mogłem sobie poradzić w żaden sposób. Patrzyłem na siebie w lustrze i myślałem, że zajmuję sobą czyjeś miejsce. Sąsiedzi z klatki obok mieli syna. Wysoki, postawny, z opanowanymi biegle czterema językami. Staż w Anglii, Francji, Włoszech, Grecji. Ikona zapyziałego osiedla, symbol życiowej zaradności, wzór do którego uwielbiali równać mnie rodzice. I nagle zniknął, aż pojawił się na drzwiach wejściowych nekrolog. Zmarł Andrzej Biskupiec, lat 24, o czym zawiadamia pogrążona w smutku rodzina. Matka biegała wtedy do nich zrozpaczona, spać nie mogła, całkowity odjazd, jakby to mnie chowała, a ja siedziałem u siebie i bałem się, że przyjdzie i będziemy musieli rozmawiać. Andrzej zmarł na białaczkę, w trzy miesiące synek go rozłożyło – skrzeczała jak tylko mnie wypatrzyła na przedpokoju. Może byś poszedł krew przebadał, wziął się za siebie. Miałem się niestety dobrze na miarę swojego życia. Fanaberie matki trwały jeszcze jakieś pół roku, nażarłem się wtedy tabletek za cały pluton. Brom, srom i pastylki na wyciągu z koziej dupy. Potem okazało się, że ten Andrzejek to był zwykły pedał, dupsko mu się już nie domykało, taki sobie port lotniczy otworzył, przelot międzynarodowy miał. Pewnej nocy ułożony, starszy pan zostawił mu po sobie nie tylko wspomnienie upojnej nocy i kilkaset eurasów za strumyk świeżej spermy na pięknie opalonej, w solarium Ibiza” buźce. Nie było Andrzejka, matka nie miała mnie do kogo równać, ale i na to znalazłem sposób.

Któregoś dnia rozwiesiłem na dzielnicy nekrolog matki, pomyliłem daty pogrzebu i polazłem do szkoły zamiast siedzieć w domu. Zszokowany dyrektor zobaczył mnie na korytarzu, złapał pod rękę i zapakował do samochodu. Za chwilę dosiadła się szkolna delegacja i jechaliśmy pod mój dom. Do dziś pamiętam pięknie pachnące gałązki świeżego świerku. Pod blokiem matka natknęła się na delegację z wielkim wieńcem. Nie zapomnę gdy się w niego wpatrywała i czytała z szarfy pożegnanie dla samej siebie. Nigdy więcej nie mieliśmy na święta świeżej choinki. Od tamtego momentu prawie nie rozmawialiśmy. Nie żałuję. Zapewne czyta Pan i dalej nie wie co zrobić, nieznajomy facet przysyła list, zapewnia, że od kilku dni nie żyje i do tego opowiada brednie jak z programu o najgłupszych historiach życia. Napisałem ten list żeby się wygadać, żeby ktoś wiedział, że na świecie istnieją tacy jak ja, świadomi samobójcy. Mógłby Pan ten list przesłać do mediów. Ale po co? I tak powiedzą, że stchórzyłem, że wszyscy by mi pomogli, mogłem zadzwonić na infolinię, tam siedzieli i czekali na takich jak ja, znali magiczne zaklęcia, które prostowały poplątane życia. Ci, którzy tej pomocy jak ja nie szukali, tkali spokojnie nić, która oplatała ich szyje.

***

- Co nic nie mówisz. Kto napisał?

- Nie wiem, to strasznie dziwne.

- Jak?! Nie wiesz, kto ci listy przysyła?

- Zwyczajnie się nie podpisał.

- Czego chce?

- Pisze, że się zabił, a zamiast z rodziną ze mną się żegna.

- Stary, ty się dobrze czujesz?

- Czytaj!

- Matko boska! To list samobójcy! Trzeba szybko na Policję, niech szukają, może znajdą, może uratują!

- Widzisz, że nie chce żeby go ratować. Trzeba uszanować wolę.

- I co teraz?

- Nic. Szkoda. Jedna książka mniej się sprzeda.

Gdynia 2012

Opowiadanie jest całkowitą fikcją literacką. 

Cover czyli różna historia jednej piosenki

Ahoj!

Dziś to „Ahoj!” będzie przydatne jak nigdy. Będzie trochę marynistycznie. Czerwone Gitary to było coś! (w sumie nadal jest, czemu nie?). Krzysztof Klenczon gdy opuścił Czerwone występował wspólnie z zespołem Trzy Korony (w latach 1970 – 1972). Z nagranej płyty Krzysztof Klenczon i Trzy Korony pochodzi większości znany utwór Port.

Na jej przykładzie chciałbym pokazać Państwu jak NIE POWINNO się tworzyć coverów piosenek, które mają swoje miejsce w historii muzyki. Kiedy usłyszałem ten cover pierwszy raz, poczułem się troszkę jakbym dostał z liścia w. Naprawdę. I to w sumie, od kogoś po kim bym się nie spodziewał… aż tak. W 2012 światło dzienne ujrzała płyta De Mono – Spiekota. Piosenki lat 60 i 70 a’la Reggae. To właśnie na niej jest to:

Nie poszło jednym słowem. I najgrosze jest to, że podpisał się pod tym Krzywy, człowiek, który przez 1,5 roku był w DAAB-ie  (Fala ludzkich serc, W moim ogrodzie, itp.) – legendzie polskiej sceny reggae. Miało być fajnie, wyszło reggapolo. Jak to mówi współczesny Internet: „chujowo ale stabilnie”, a koniec końców „hajs musi się zgadzać”.

A można się nie silić i przypomnieć Port o tak:

Nagrano zresztą płytę w hołdzie Klenczonowi:

http://www.polskieradio.pl/7/15/Artykul/725779,Soyka-Muniek-i-inni-w-holdzie-dla-Klenczona

Można jeszcze posłuchać tej płyty:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rzeka_dzieci%C5%84stwa

A tu kilka piosenek z niej:

PS.
Tak wyglądał p. Andrzej w DAAB – ie:

Wypadek czyli „komciaj to lajf”

Moim zdaniem, Panowie zjebali po konkrecie tak bajecznie medialną sytuację.

 W alternatywnej rzeczywistości powinno to wyglądać tak:

3…2…1…Teraz!

- Fala powrotów z grobów bliskich powinna przypaść na niedzielne popołudnie.

Jebut!

- O! Drodzy Państwo jesteśmy świadkami wypadku. Przebieg akcji na żywo tylko dzięki nam! Podejdźmy zobaczyć, co się stało. Ale zanim porozmawiamy z ofiarami, przypominam Państwu o możliwości wygrania tabletu z bezprzewodowym dostępem do Internetu, dzięki któremu można z wydarzeń takich jak to, od razy zamieścić zdjęcia w serwisach społecznościowych.

Mówi do ręki: Wojtku puść grafikę ze statystyką pijanych kierowców podczas akcji „Listopad” rok do roku.

- Dobry wieczór, nazywam się Redaktor Ważny – mówi do środka rozbitego auta – jak się Państwo czują? Aha, boli pana noga. Zapytajmy eksperta. Jest z nami odwołany niedawno ze stanowiska ministra zdrowia pan Andrzej Wyleczaj. Jak pan patrzy na ten przypadek? Jak ocenia Pan szansę poszkodowanego?

- Hmmm to zależy, bo jeśli będziemy robili na „państwówkę” to zalecałbym całkowitą amputację kończyny, najlepiej obu. Profilaktycznie, gdyż oczekiwanie na amputację w chwili obecnej to około dwóch lat. Z tym, że chciałbym zaznaczyć, że przed moją dymisją wraz moimi współpracownikami opracowałem dokładne wytyczne jak należy postępować z ofiarami wypadku z kontuzjami kończyn dolnych. Niestety, chcę to wyraźnie zaznaczyć, pan Witold Zaleczaj, który zajął moje miejsce, po objęciu teki ministra storpedował ten projekt i przez to ten Pan teraz cierpi. To są fakty.

- A jaką widzi pan dla poszkodowanego alternatywę?

- Operacja plus rehabilitacja powinna być wystarczająca. Najlepiej byłoby to zrobić za granicą, z tym że koszta spadają na poszkodowanego i rodzinę.

- A składki ubezpieczenia?

- To już akurat nie jest moja działka.

- Czyli pacjent zostanie sam ze sobą?

- Można kwestę, jakaś fundacja może pomoże. Jest szereg rozwiązań poza systemowych.

- Dziękuję. Przypominamy jesteśmy w trakcie relacji na żywo z wypadku, który miał miejsce na naszych oczach. Więcej zdjęć na naszej stronie internetowej. Do wygrania są wciąż atrakcyjne i ekskluzywne tablety z wifi. Miał być z nami dyrektor WORD jednakże nie może przybyć, ze względu na prowadzone postępowanie wyjaśniające w sprawie podejrzenia o nielegalne zaliczenie co najmniej dwustu egzaminów na prawo jazdy przez ostatnie 7 lat. Ale jest z nami Pan Marian. Z zawodu taksówkarz i dyrektor szkoły jazdy. Po stronie którego z kierowców może leżeć wina?

- To ciężko powiedzieć na gorąco, potrzeba by zwołać komisję, przepytać świadków. Ja mogę ze swojej strony zapewnić, że my jako instruktorzy robimy wszystko jak najlepiej.

- Dziękuję. Na miejscu pojawiają się już służby. Jest z nami krajowy koordynator ratownictwa medycznego. A jak ocenia Pan przygotowania polskiej służby medycznej do walki z ebolą?

- Panie redaktorze, nie wydaje mi się aby to był odpowiedni moment na tego typu rozmowę. Powinniśmy teraz porozmawiać o systemie ratownictwa medycznego. Co jest dobre, co należy poprawić. Nie interesuje Pana jak wypadamy na tle Europy?

- To jest ważne, na pewno ale czy może Pan wykluczyć, że żadna z osób biorących udział w wypadku nie jest zarażona wirusem ebola?

- Oczywiście, nie można.

- Dziękujemy. Dotarł do nas pan Marek Zawszeporządny. Dobry wieczór.

- Szczęść Boże.

- Jak Pan ocenia? Kto odpowiada za zaistniałą sytuację?

- Tusk! On nie zrobił nic dobrego dla tego kraju, do tego uciekł. Tfuuu. Jak zdrajca. Poza tym ja jestem kierowcą od 40 lat i nigdy nawet nie dostałem mandatu, a do tego mam jedną żonę też od 40 lat.

- Ale wie Pan, jako kandydat do rady miasta może powinien Pan spojrzeć na problem lokalnie. Może ktoś zawiódł przy projektowaniu skrzyżowania?

- Na pewno to wina tamtych. Bo jak my byliśmy przy korycie, znaczy się przy władzy, to myśmy to zaprojektowali, a oni tylko przecięli wstęgę. A zresztą jak było w Smoleńsku? Być może któryś z kierowców opowiadał się za gender? Sprawiedliwość zawsze się upomni o swoje.

- Podchodzę teraz do Pani, która od początku przygląda się sytuacji. Dobry wieczór.

- Dobry wieczór Panie redaktorze. Tonapewnoprzezwstrzykiwaniemarichuanyigejostwobotogejezawszenarkomanisąnatobadaniaświatoweiwszystkojestjasneiwiadome.

- Jesteśmy już z Panem komisarzem z Wydziału Ruchu Drogowego. Dobry wieczór.

- Myślę, że każdy z kierowców dostanie po 1000 złotych mandatu, ta kwota oczywiście może wzrosnąć. Musimy dokładnie przeanalizować całość sprawy. Pan z Mercedesa już dostał 500 złotych mandatu ponieważ nie wystawił trójkąta ostrzegawczego, a samo to, że ów trójkąt wystaje z bagażnika, się nie kwalifikuje do uznania go za rozłożony. Myślę również, że jasno widać na tym przykładzie, że gdyby stał tu fotoradar, to do tego zdarzenia by nie doszło. Rozmawiałem już z Panem kierowcą z vana, poinformowałem go o możliwym 25 letnim pobycie w więzieniu.

- Za co?

- Ponieważ blokuje skrzyżowanie, a taka blokada traktowana jest jako manifestacja, a bez zezwolenie na manifestację jest to manifestacja nielegalna. Być może o podłożu neofaszystowskim lub kibolskim. Jesteśmy w trakcie ustalania jego mocodawców, bo to z pewnością akcja inspirowana z zewnątrz.

- Nie uważa Pan, że to trochę za wysoka kara. W sprawie Bamber Gold chociażby, zapadną tak surowe wyroki?

- To jest co innego. W tamtej sprawie nikt nawet nie został podrapany. A tutaj? Sam Pan widzi.

 - Na tym kończymy nadawanie z miejsca wypadku. Dziękuję za uwagę. Nasza stacja jest zawsze tam gdzie dzieje się coś ważnego. Jesteśmy przed czasem na czas. Przypominam, że wciąż można wysłać esemes o treści: tablet żeby wygrać tablet z wifi.

PS.

1. Oczywiście mam pełen szacunek do ofiar.

2. Nie mam za to za grosz zrozumienia do nieprzerwania transmisji. Ba, do kontynuowania jej i komentowania na żywo jak jakiegoś widowiska sportowego. Panów było dwóch. Jeden chociaż mógł podejść, zapytać, cokolwiek (w komentarzach pod filmem pojawiają się wpisy, że była grupa osób, która do samochodów dotarła szybciej od panów „redaktorów”).

Zbieżność jakakolwiek do kogokolwiek i czegokolwiek jest zupełnie przypadkowa.

Work czyli pracuję w UK

            Wieczór był jak każdy kolejny. Wróciłem z pracy. Kąpiel, obiad, coś ogarnąć i do spania żeby znowu praca, kąpiel, obiad coś ogarnąć i do spania. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Chwilę po kolacji poczułem coś niesamowitego. Kluchę w przełyku. Jednocześnie nie mogłem złapać tchu i chciało mi się rzygać. Na przemian. Wiecie jak wygląda kot, który próbuje zwrócić kluchę z włosów, które sam sobie przed chwilą wylizał? Wyglądałem podobnie, a czułem się zdecydowanie gorzej. Po jakiś 30 minutach bycia puszkiem zapakowałem się w auto i pojechałem do szpitala. Oczywiście cały czas mnie cofało. W szpitalu na początek wytłumaczenia: co, jak i po co tu jestem. Za chwilę znowu to samo: co, jak i po co. Tyle, że wtedy było przy okienku, a teraz w pokoiku z pielęgniarką. Ok, usiądź tam i czekaj. Czekałem zatem, a klucha ciągle mnie brała na rzyga. Przynajmniej oddychać mogłem ciut lepiej. Po jakiś 25 minutach zaprosił mnie do siebie lekarz. Na pogawędkę. Co, po co i dlaczego. Ok, usiądź sobie tam i poczekaj. Przyszedł kolejny lekarz. Zatem: co, po co i dlaczego. Bo mam kluchę i mnie cofa. A weź to wszystko tłumacz po angielsku, jak po każdym słowie bierze cię na rzyga. Ok, to tu posiedź i poczekaj. Z osiem razy podszedłem do zlewu bo myślałem, że to moment na wiecie co. Jednak bez zmian. Wrócił lekarz. Spojrzał. Oho. Dygresja: jak ktoś z was może spędził ze mną trochę czasu (co jest wyzwaniem) mógł się dowiedzieć, że czasami mam jedną źrenicę większą, a jedną mniejszą (podobno to oznaka dużej inteligencji, w co jestem w stanie uwierzyć). Lekarz zauważył. Wypytał czy ćpałem coś, cokolwiek. Nie, nie ćpałem. Ok, to posiedź tu. Zaraz wrócę. Wrócił, dał mi skierowanie na rentgen. Poszedłem, czekałem. Nie doczekałem się. Przyszła po mnie pielęgniarka. Wracam na to samo łóżko. Lekarz wyjaśnia mi, że nie wie co. Ja zacząłem czuć się debil, który ściemnia. Dosłownie. Jeszcze te źrenice. No ale co mogłem? Nawet rzygnąć nie mogłem. Wciąż oczekiwałem na eutanazję czy coś. Na poradę znaczy się. Czekałem w sali przedzielonej parawanem. Za parawanem mężczyzna opowiadał, że boli go kolano, które jakiś czas temu miał operowane ale popił i się wywrócił, a ból wrócił. Zjawił się lekarz i powiedział, że ma dla mnie lekarstwo! Dostałem ciepłą herbatę i kanapkę! Której smak mogłem sobie wybrać. Wziąłem z serem. Oczywiście miałem zerowy apetyt. Wziąłem kilka kęsów z narastającą ochotą wyrzygania się. Cóż innego mogło nastąpić? A co lekarz na to? Zjedz, popij i poczekamy. Wrócił. Lepiej? Nie. Aha. To posiedź. Ile można siedzieć? Wróciła pielęgniarka. Co, jak i dlaczego. Opowiedziałem. Dostałem zastrzyk. Bo to podobno na tle nerwowym. A zapewne myśleli, że jestem naćpanym hipochondrykiem. Z Polski. I zapewne ukradłem jakiemuś biednemu Anglikowi miejsce pracy i żyję jak większość krajan z zasiłków.  Pielęgniarka zniknęła, a ja czekałem. Mój lekarz też się ulotnił. A ja czekałem. W końcu poszedłem zapytać kogoś, czy mogę sobie już pójść, czy jeszcze mam coś zjeść. Napatoczył się lekarz, który przejął mnie po tamtym bo była zmiana zmian. Powiedziałem, że wciąż mam kluchę, ciska mną na rzyga ale chcą stąd pójść. Lekarz się zgodził. Poradził mi żebym wypił w domu piwo. Cheers, nara i powrót. Do szpitala pojechałem po 20, wróciłem po 1:00. Jakbym wiedział to bym nie ruszał kolacji i najadł się w szpitalu. O 5 wstałem do roboty, cały dzień miotało mną jak mruczkiem, który chciał wyrzygać kłębek włosów, które wylizał sobie z jaj (podobno lubienie swoich postów na FB też jest jak lizanie sobie jaj). Kluchę mam do dziś, co kilka dni. Mam też tabletki i syrop od doktora (rodzinnego, chyba) Ahmeda co też nie wiedział, co to za wredna klucha się mnie uczepiła.

Błogosławieństwo sakramentu siódmego

     Siedzielim wtedy pod trzepakiem i wybieralim króla charchy. Kto bliżej i większym glutem trafił w oddalony o jakieś dziesięć kroków kapsel, obnosił się z godnością króla do następnej edycji wydarzenia. Traf chciał, że kiedym wycelował pocisk sporawy, na linię strzału nawinęła się cycata brunetka z biedronką na siatce. Żółtawozielony gil usadowił się na rozporku nieznajomej i kisielowata lawina poczęła sunąć ku dołowi zboczem łona. Czułem, że umieram. Nieznajoma jak gdyby nigdy nic ściągnęła gluta palcem i połkła. Oblizała spokojnie wargi i z głupiutkim uśmiechem powiedziała: Pochwalony, nazywam się Maryjola i bede tu mieszkać, więc musimy się zakumplować. Siatka zagrała arię rozpisaną na dwanaście jaboli. Z jej pierwszego dnia tutaj, pamiętam jeszcze przez mgłę orgię w wiacie śmietnika. Mariola była na tym osiedlu jedyną osobą, która zamiast przeszłości osobowej miała przeszłość łóżkową. Nigdy nie mówiła skąd jest, ile ma lat, za to chętnie opowiadała gdzie, z kim i jak to robiła. Dzieliła się zresztą z nami swoim ciałem i doświadczeniem nad wyraz chętnie. Potrafiła spalić kota, pobić śliniącego się na widok jej cycków kierownika i oglądać z dziadkami ostre porno.

     Któregoś z rzędu sierpnia coś w niej pękło. Powiedziała, że pieprzy takie życie. Zaciągnęła Łysego przed ołtarz i ugrzęzła między pieluchami, a regularnym oczu podbijaniem, tchnienia przyduszaniem, palców połamaniem, włosów przypalaniem, szpilek pod paznokieć wbijaniem, siódmego sakramentu błogosławieniem.

25 lat minęło…

Siedziałem w zeszłym tygodniu w zakładowej stołówce i śledziłem relację z przylotu Obamy do Polski. Że wylądował, że wysiadł, że Bronka zagaił o wąsy i tak dalej. Sielanka. Okazja oczywiście nie byle jaka, bo 25 lat wolnej Polski. I co? A no to, że zamiast się cieszyć, to się człowiek wkurwia. Bo z jednej strony wydarzenie o niepodważalnej  skali istotności, wprowadzenie normalności. Nic, tylko świętować. Ale jak świętować kiedy się siedzi w Anglii zamiast u siebie? Mój tato udzielał się w Solidarności. I po co? Teraz nikt mu nie podziękował, a jakby nie było, walczył o te wolne wybory, o to żeby Polska była Polską. Splendor i przywileje dla nielicznych. Z jednej strony politycy mówią jak to pięknie, jak to prawie idealnie się rozwinęliśmy przez te 25 lat. Cud, miód i malina. Na emigracji dwa miliony ludzi. A i Polski w Polsce coraz mniej. I kiedy tak sobie czytałem jak Obama wsiadł, wysiadł, pojechał, powiedział, zjadł – pomyślałem: mam prawo się odzywać? Wyjechałem. Jestem zdrajcą. O tych, co nie głosują mówi się, że nie mają prawa krytykować. O tych, co oddali świadomie głos nieważny się milczy, zamiata pod dywan. Ważne, żeby się dieta zgadzała. Oczywiście nie zdrowotna. Opowiadałem swoim uczniom, co te zmiany dały. Że chociażby jest Facebook, komórki. Że to, co dziś dla nich jest oczywiste, kiedyś było marzeniem. Niejednokrotnie ludzie płacili za te marzenia o normalności i wolności – więzieniem, życiem. I czułem, że  kogoś chcę okłamać. Siebie bardziej chyba. Przez te 25 lat Polacy zrobili wiele – gorzej, lepiej, byle jak. Jedno zaś opanowali do perfekcji – szczucie, opluwanie, niszczenie każdego jednego sukcesu. Smutne i przykre. Ale co ja mogę. Zamknąć mordę co najwyżej, skoro uciekłem.  Drażni mnie jeszcze jedno. Ze świętowaniem wolności, polskości w parze nie idzie dbałość o naszą tożsamość. Dziedzictwo, to co?  Ilu z nas Polonistów rozjechało się po świecie, trafiło  daleko od tego, co nas uczono. Naśmiewanie się, że humanista z dyplomem to tylko do podawania frytek. To bawi? Nikogo nie frapuje?

Wolna Polska to głupia Polska?

Za tekstowo.pl:

Przemówienie z dnia siódmego roku bieżącego

Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież telewizję
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież Interwizję, Eurowizję
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież tyle pieniędzy
Wolność. Po co wam wolność?
I będziecie ich mieć coraz więcej

Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego
Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego

Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież do pracy autobusy
Wolność. Po co wam wolność?
I bezpłatny przydział spirytusu
Wolność. Po co wam wolność?
Macie komu oddawać cześć
Wolność. Po co wam wolność?
Dostaliście też Mundial ’86

Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego
Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego

Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież filmy fantastyczne
Wolność. Po co wam wolność?
Czasem zezwolenie demonstracji ulicznych
Wolność. Po co wam wolność?
Z każdej wystawy dobrobyt tryska
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież chleb i igrzyska

Maszerujcie ramię w ramię
Ku słońcu świata naszego
Wszyscy położycie głowy
Za przewodniczącego

Czy słyszysz, czy słyszysz
Co tu dzieje się od lat
Jaki wokół siebie szum wytwarza ten fatalny świat
Co za fatalny świat
Podzielony granicami
Z ludźmi, których kochasz
Rozmawiasz tylko listami
Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju
Tylko dlatego, że mieszkają w innym kraju
Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny
Na tym świecie każdy chce pieniądze i koncerny
Kilku frajerów rządzi świata tego polityką
Najpotężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką
Co za fatalny świat
Przemówienia z dnia siódmego
Co za okropny świat
Roku bieżącego.

Nowe oblicze ciemniejszej strony wielu twarzy Szarego

 

Część I

            To był dzień jak każdy inny na wielkim blokowisku, gdzie co drugi to kurwa, a co trzeci to zwykła nikomu nieznana istota z mrówkowca. Anna Żelazna pakowała do torby z podrabianym logiem znanego koncernu, teczkę za złoty pięćdziesiąt i batona z serii „wyprodukowano dla” imitującego droższego. Wkurzała się na siebie, bo wczoraj poszła spać z mokrymi włosami, a te dziś rano rozlazły się na wszystkie strony. Normalnie by je wyprostowała ale w zeszłym tygodniu przepaliła jej się prostownica z serii „Tesco value”. Zwinęła wszystko w jako takiego kuca i była gotowa na wyjście. Musiała iść przeprowadzić wywiad w zastępstwie za swoją koleżankę Katarzynę Herbatępod. Anna od zawsze chciała przeprowadzać wywiady ze znanymi ludźmi, jednakże była kuratorem i przeprowadzała wywiady środowiskowe z ludźmi znanymi głównie Policji. I taki środowiskowy wywiad czekał na nią dziś. Spojrzała, upewniła się i zapukała. Drzwi otworzył jej Krystian Szary. W szarych dresach, w Kubotach bez skarpetek i w schludnym wyprasowanym podkoszulku z napisem: POLSKA MISTRZEM POLSKI. Miał w sobie coś magicznego. W szarych oczach tkwił złoty, szelmowski wdzięk. Anna ciekawiła się czy Szary jest już sztywny i choć mimo, że ona była coraz bardziej mokra, czuła przed nim jakiś lęk. Przeczuwała, że Krystian ma wiele twarzy, może nawet pięćdziesiąt, a głęboko w nim drzemie coś z tej złej, ciemniejszej strony duszy. Wiedziała, że się dla niego poświęci i odnajdzie w nim nowe oblicze Szarego, tego Szarego. W myślach podziękowała Katarzynie Herbatępod, że ta wzięła na najbliższe kilka miesięcy L4. Musiała je wziąć, bo wiedziała, że chcą ja zwolnić. Katarzyna kilkukrotnie wprowadzała się na meliny podczas wywiadów środowiskowych. Lubiła ten wolny stan życia, kochała gdy jak w Jolka, Jolka czarodziejka gorzałka tańczyła w niej. Anna czuła pieczenie, w chwilę po tym, gdy weszła do Krystiana, a on już z niej wychodził. Jesteś dziewicą? – zapytał, a ona jak z zza mgły wyszeptała: Tak i czekałam z wiankiem na kogoś takiego jak Ty!Kurwa – podniósł się szybko z kanapy Krystian – Mogłaś mówić – dyszał – Teraz muszę prać gąbką kanapę. Ja pierdolę – wzdychał w uniesieniu – Nie wiesz, że krew ciężko schodzi? A prześcieradło można do pralki i po sprawie. Kurwa, kurwa, kurwa! Anna wsadziła mu język do buzi i ucięła jego pierdolenie. Mogę się do Ciebie wprowadzić? – spytała, prosząc go niemalże. W oczach Szarego buzowała jego ciemna, czyli niemal grafitowa zagadka z przeszłości.

Część II

            Anna siedziała pod trzepakiem z kubkiem zimnej herbaty i myślała, czy dobrze robi będąc z nim. Bała się trochę jego przemocy w łóżku. Często brał ją bez zgody w trakcie jej ulubionych seriali. Oral, anal kiedyś nie wiedziała co te nazwy znaczą. Teraz była w tym coraz lepsza. Marzył jej się czasami gangbang, bukkake, DVDA, rimming. Ale wciąż miała opory przed pójściem krok dalej. Nie mniej lubiła bycie niewolnicą Szarego. On lubił strasznie jej nie szanować. To musiała być miłość na zawsze. Anna wróciła na ziemię. Musiała iść zmienić sąsiadce pieluchę. Adoptowali ją jakby. Dzięki temu mieli zasiłek pielęgnacyjny z którego opłacali sobie najbogatszy pakiet kablówki. Anna wciąż myślała: jak żyć. Była niewolnicą i księżniczką zarazem. Szary choć nie mówił jej z czego żyje, niczego jej nie żałował. Czasami zabierał ją nawet na zakupy do Almy, choć wiedziała, że na to nie zasługuje. Miał nawet w planach kupić poloneza na gaz. Karocę dla księżnej jego serca. Była jeszcze jedna sprawa przez którą się smuciła ale tylko trochę. Kiedy pytała Krystiana o matkę. Robił się jeszcze bardziej szary i smutny. Tak, smutny przede wszystko. Tylko czemu?

Część III

            W mieszkaniu pachniało remontem. Nowo pomalowane ściany, kafelki, tapety. Na pełnej bogatości. W salonie błyszczał telewizor z wbudowanym dvd, pyszniąc się na połyskującej meblościance za pół darmo. To był jej raj, a Szary był jej królem. Chciała mu służyć i ulegać, słuchać i podporządkowywać się. Czuła, że przypięła się do jego serca kajdanami pożądania. Wybaczyła nawet Szaremu, że podczas seksu spuszczał jej notoryczny wpierdol. Znalazła w Internecie, że to seks BDSM. Jeszcze trochę myliło jej się z SDM ale na szczęście lubiła rock alternatywny: Feel, Kindla, Red Lips. A nie jakieś beskidzkie plumkanie na gitarze, choć marzyła by jej związek z Krystianem zamienił się w stare, dobre małżeństwo. Zwolniła się z pracy, nie musiała pracować – tak mówił Krystian. Kupili kiosk, w którym Szary spędzał codzienne jedenaście godzin. Dzięki temu ona mogła wyjaśnić sprawę matki Krystiana. To był dla niej szok, gdy dowiedziała się prawdy. Matka Szarego pracowała w Providencie i udzieliła synowi pożyczki. Kiedy przyszła po ratę, ten zabił ją kuchennym nożem. Za dług. Ale za dług z przeszłości. Za szary znak, który w nim wypaliła. Za znamię, które w nim odcisnęła. Za barwę szarości, w którą przyodziała jego oczy. Za kąpiel w zimnej wodzie, kanapki z czerstwego chleba, kolonie harcerskie, których nie cierpiał. Nie poszedł siedzieć dzięki sędzinie, którą kiedyś zadowolił podczas festynu z okazji Dnia Rodziny. Walczył z przeszłością, która dzięki miłości Anny Żelaznej w nim płowiała. Było już po zamknięciu kiosku, gdy Anna rozliczała całodzienny utarg. Krystian wszedł jakby niepewnie, trochę spłoszony na miękkich nogach. Uklęknął jak przed świętym obrazkiem. Tak, Anna z cała pewnością była jego boginią. Wyjął drobne zawiniątko i spytał: Hajtniemy się? Jego oczy pierwszy raz błyszczały, nie było w nich grama szarości. Tylko w żyłach pięćdziesiąt gram na odwagę. Zgodziła się. Krystian wziął ją od tyłu powoli ale zdecydowanie. Anna jeszcze nigdy nie była tak mokra i luźna. Mała metalowa budka gibała się, aż mało kraty nie wypadły z zawiasów, a głośne: TAK, TAK, TAK! – górowało nad osiedlem, które przykrył mrok.

Podobieństwo jakiekolwiek jest przypadkowe. Tekst powstał w celach czysto humorystycznych.