Dzień, w którym uciekłem

*****

            Portfel, klucze, żelazko, woda. Wszystko sprawdzone. Wszystko zgaszone i zakręcone. Powoli, niespiesznie. Dwa małe kroki i wychodzę na korytarz, gdzie niby te same ściany już nie są moimi ścianami. Pierwszy zamek, drugi zamek. Wsiadam do windy. Wpatruję się w wyświetlacz, gdzie jak sączące się krople wody, maleją numery pięter, które pozostawiam nad sobą. Kilkanaście kroków i staję przed klatką. Kurwa! Na pewno zamknąłem drzwi? Rzut oka na zegarek nie pozwala mi wjechać do góry, by się upewnić. Co ma być, to będzie. Świeże, mroźne powietrze uderza mnie w policzek. Oko roni łzę, podnoszę kołnierz, chowam rękę w kieszeni. Kółka walizki hałaśliwie odbijają się od krzywych płyt chodnika. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

Pierwszy raz w życiu jadę przewietrzyć mieszkanie po zmarłej kobiecie.

*****

            Login: ************** Enter. Hasło: ************* Enter. Masz 286 nieprzeczytanych wiadomości. Ja pierdolę! Czy nie żyjąc w Internecie faktycznie nie żyję? Kiedyś mieć w skrzynce 286 listów byłoby rzeczą trudną do wyobrażenia. Dziś pełno śmieci w normalnej i wirtualnej skrzynce. Może za rzadko tu zaglądam? Może przegapiłem coś naprawdę ważnego? Pierdolę to. Same gówna. Ekran komputera ledwo rozświetla kawałek ściany za mną. Coraz częściej zaczynam przyłapywać się na tym, że wieczorami siedzę po ciemku. Nie zapalam światła jakbym się bał, że przyciągnę do siebie coś, cokolwiek raczej. Boję się, że może to być ktokolwiek. Tego bym nie chciał. Strach przed miłością? Strach przed bliskością? Strach przed kobietą? Strach przed obowiązkiem? Miłość jest straszna? Naiwna? Pełna wyrzeczeń? Co bym stracił ze swojego życia, gdyby wprowadziła się tu kobieta? Nic? A może niewiele więcej?

Wyczerpuje mi się bateria w myszce i uświadamiam sobie, że pieprzę wynurzenia jak z książek Grocholi. Mimo wszystko Ją cenię. Zawsze na studiach broniłem jej książek: Co z tego, że pisze proste i naiwne historie? Plusem tego zjawiska jest, że kobiety, które to czytają, poddają się magii lektury, robią coś więcej niż pranie i gotowanie. Biorą do ręki książkę i czytają ją od deski do deski. Zawsze jest szansa, że z każdą kolejną kartką poczują w sobie chęć do przeczytania czegoś głębszego. O ile głębokość literatury jest rzeczą wymierną…

            Co mi pozostało z dyskusji o literaturze? Nic. Luźny sweter, Wojaczka, Herberta, Bursę zamieniłem na objazd po sklepach i użeranie się z ich kierownikami. Sprawdzanie grafików, doglądanie magazynów, planowanie, zarządzanie. Mówienie bezemocjonalnym tonem: ten non food jest źle wyłożony, tę dehapkę proszę jak najszybciej rozładować, salami bardziej do przodu. Ekspozycja. To wieczne przypominanie o ściąganiu kartonów ze sklepu. Do porzygania. Kogo to obchodzi? Czy to jest tak, czy srak ułożone? Byle tanio, byle szybko. Daj się zaskoczyć jakością. Ile razy już sprawdzałem, czy na plecach nie pojawią mi się kropki? Tyle kropek ile sklepów w rejonie do ustawienia. Przepraszam, Pani jest pojebana? Czy nie widzi Pani, że te bakłażany gniją? Chuj mnie to szczerze obchodzi. Powinienem skontrolować, czy nie zaczynam gnić od środka. Ile kroć sprawdzam kropki na plecach, boję się, że zamienię się w owada pozbawionego swojego życia.

            Czyjeś darcie mordy budzi mnie z marazmu. Podchodzę do okna żeby je zamknąć. Siadam. Czuję falę gorąca. Wstaję, żeby je znowu otworzyć. Świeże powietrze przynosi otrzeźwienie. Siedzę w ciemny pokoju, w tle leci muzyka na której nie potrafię się skupić. Pilnuję innych. A sam? Sam nie potrafię zrobić porządku ze swoim życiem. Po chwili postanawiam: na początek wyczyszczę skrzynkę z listami od nikogo. Może coś mi to da.

Szybko dopisz dłużnika na listę, 20 euro w prezencie, Szukasz lokalu na biznes?, Tęsknie. Laura, Zmień złego na eko, Odezwij się proszę. Laura, 285 złotych za 1000 pobrań twojego pliku, Czekam. Laura – pozbywam się setek badziewnych wiadomości. Idzie mi to wyjątkowo łatwo. Piszą do mnie banki, rejestry długów, kocie karmy, nawozy. Usuwam, usuwam, usuwam. Powoli. Niespiesznie. Okazja XXL, Wyprzedaż balustrad, Panie Marku proszę o kontakt. Pilne!!!, Szukasz życiowych podniet? Z uporem maniaka zaznaczam i wyrzucam wszystko w czeluści internetowego śmietnika. Czyszczę, chcąc móc czyścić tak życie. Swoje. Sam. Powoli. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

            Nie mogę dłużej udawać przed samym sobą. Wracam do kosza, znajduję list o tytule Panie Marku proszę o kontakt. Pilne!!! Po chwili decyduję się i otwieram… Dzień dobry, nazywam się Elżbieta G., mieszkam piętro wyżej nad Panią Laurą. Nie wiem jak to ująć, zatem powiem, a raczej napiszę wprost: Pani Laura nie żyje… Zostawiła w mojej skrzynce list z prośbą o kontakt do Pana. Wskazuje Pana jako jedyną osobę, która może zająć się pogrzebem, mieszkaniem i pozostawionymi w nim rzeczami. Mogę pomóc. Mimo potworności całej sytuacji Pozdrawiam! Teresa G.

Zamieram. Przestaję słyszeć muzykę do reszty. Podchodzę do okna i wciągam łapczywie mroźne powietrze. Zamykam oczy i zatapiam się w ciemność nocy.

*****

- J..e…..t n..o..c… – głos był zaspany i niewyraźny.

- No i co z tego?

- Może jest późno?

- Gówno mnie obchodzi, która jest godzina i czy jest wcześnie czy późno. Od jutra przejmiesz moje obowiązki. Ja muszę pilnie wyjechać, nie mam zresztą czasu na tłumaczenia. Wszystko, co potrzeba weźmiesz od Marty. Ja postaram Ci się przesłać mailowo listę rzeczy pierwszej potrzeby. Zresztą znasz sytuację. Wiesz co i jak. Jesteś moim najlepszym zastępcą. Wierzę, że dasz radę. Trzymanie kilku ludzi za pysk to nic trudnego.

- Ale…

- Słuchaj. Alę to mogłeś piaskiem w piaskownicy sypać. Muszę kończyć. Na razie.

*****

            Nigdy nie potrafiłem się spakować. Nie wiedziałem, co będzie potrzebne bardziej, co mniej. Zawsze wydawało mi się, że wszystko jest potrzebne. Planowałem spędzić w jej domu tydzień. Przeważnie jest tak, że w miejscach znanych, do których wracamy, zostawiliśmy wcześniej nasze rzeczy. Czekają na nas w komodach, pawlaczach, poupychane w worki w piwnicy. Tam nie mogło być nic mojego. Wycofałem się wtedy jak szczur. Uciekłem. To był jedyny raz kiedy nie miałem problemu z pakowaniem się. Musiałem zabrać wszystko. Wszystko był zbędne. Mnie i tamtemu miejscu.

Teraz pusta, otwarta walizka czekała od kilku minut aż ją zapełnię. Była trochę jak ja. Z zewnątrz całkiem porządna ale za to w środku całkowite gówno. Takie coś, z takim czymś, bez takiego czegoś. Zapakowałem sześć par majtek, sześć par skarpetek, trzy czarne koszulki, dwie pary spodni, dresy, bluzę i odświętną koszulę. Wszystkie nowe, nie znające tamtego miejsca. Nieskażone zapachem, przestrzenią ani aurą mieszkania do którego jechałem posprzątać po zmarłej kobiecie.

*****

            Portfel, klucze, żelazko, woda. Wszystko sprawdzone. Wszystko zgaszone i zakręcone. Powoli, niespiesznie. Dwa małe kroki i wychodzę na korytarz, gdzie niby te same ściany już nie są moimi ścianami. Pierwszy zamek, drugi zamek. Wsiadam do windy. Wpatruję się w wyświetlacz, gdzie jak sączące się krople wody, maleją numery pięter, które pozostawiam nad sobą. Kilkanaście kroków i staję przed klatką. Kurwa! Na pewno zamknąłem drzwi? Rzut oka na zegarek nie pozwala mi wjechać do góry, by się upewnić. Co ma być, to będzie. Świeże, mroźne powietrze uderza mnie w policzek. Oko roni łzę, podnoszę kołnierz, chowam rękę w kieszeni. Kółka walizki hałaśliwie obijają się od krzywych płyt chodnika. Do przodu, do przodu, do przodu. Powoli, niespiesznie.

            Zdecydowałem się jechać pociągiem. Między miastem G. w którym teraz mieszkałem a miastem E. do którego musiałem dojechać nie był daleko. Samochodem jakieś 40 minut, zaś pociągiem coś koło dwóch godzin. Nie chciałem jechać samochodem. Dawał mi zbyt dużą łatwość ucieczki. W każdej chwili mogłem wsiąść i odjechać. Ewentualnie nie dojechać wcale. Na pociąg trzeba było dotrzeć, kupić bilet, poczekać. Zawsze tworzyło to jakiś ciąg komplikacji, który mógł opóźniać i zniechęcać do odwrotu. Zachodziła więc dość przymuszona konieczność doprowadzenia wszystkich spraw do jakiego takiego rozwiązania, które trzeba przyznać, przybrały korzystną dla mnie formę.

- Dobry wieczór. Mogę jeden do E. na 21:02?

- Na linii prowadzone są roboty, pociąg może dotrzeć z opóźnieniem.

- Super. Dla mnie lepiej.

- Czy chce Pan zakupić bilet w formie elektronicznej? Będzie taniej o pięćdziesiąt groszy.

- Nie – zabrzmiało jak warknięcie ale zaczynałem mieć dość.

- A czy posiada Pan Zniżkową kartę zadowolonego klienta?

- Nie, zaczynam posiadać stan wkurwionego klienta. Potrafi mi Pani sprzedać bilet do E. na 21:02 do chuja, czy kurwa to za trudne dla Pani?

Reszta przebiegła w błogiej ciszy. Z bilet poszedłem na dwór czekać na przyjazd pociągu. Było mroźno. Czas się dłużył. Powoli. niespiesznie.

            Na szczęści skład był podstawiany. Poza mną czekało jeszcze jakieś trzydzieści osób. Ze zmęczonymi, niewyraźnymi twarzami. Wpatrywali się pustymi oczami łapczywie jakby w tej pustce było coś narkotycznego, pociągającego, uzależniającego. Zaczynałem odczuwać lęk. Przed sobą, przed przyszłym, przed tym, co mnie wreszcie spotka. Zacząłem myśleć o Krzyśku, o tym jak go potraktowałem przez telefon, o tym że wiecznie traktuję go z góry. Że niepotrzebnie znowu byłem niemiły. Wiedziałem, że będzie miał problemy ze wszystkim. Zresztą nigdy w niego nie wierzyłem. W siebie zresztą też. Pociąg zahamował. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Zająłem miejsce w pustym przedziale i choć byłem niewierzący, w jakiś pokraczny sposób modliłem się o brak towarzystwa. Obecność ludzi mnie krępowała, konieczność wymuszonej rozmowy mnie wręcz przerażała. Położyłem głowę częściowo na oparciu, częściowo opierałem się o ścianę przy oknie. Zakryłem się płaszczem i czekałem.

- Można dosiąść się?

- Sorry? I speak only English – udawałem przed parą emerytów Anglika, ale machnąłem ręką żeby usiedli i sztucznie się uśmiechnąłem. Byłem zadowolony. Lubię bywać zwykłym chujem.

Pociąg ruszył. Koła stukały miarowo. Małżeństwo obok mnie podróżowało w ciszy.

*****

            Ocknąłem się. Było mi zimno. Para emerytów milczała dalej. Za oknem przesuwał się krajobraz, który widywałem wielokrotnie. Z ciągnącego się pasa zieleni zaczął wyrastać E. Trzeba było zacząć się zbierać. Nałożyłem płaszcz. Stan gotowości osiągnięty. Było jeszcze zimniej i szarzej niż w G. Odremontowany budynek dworca pomalowany na siwo wzmagał poczucie tkwienia w marazmie. To miasto od jakiegoś czasu wymierało. Pełne było ludzi bez przyszłości, młodych bez większych ambicji, zapuszczonych budynków i krzywych chodników.

Na przeciw dworca, w oddali majaczył zielony szyld restauracji. W środku nie było nikogo pozą obsługą. Było za to ciepło i całkiem przyjemnie. Skromnie ale ze smakiem. Usiadłem pod ścianą, mając podgląd na to, co działo się na zewnątrz. Nie było nikogo. Jak w moim życiu. Szaro i pusto.

- Dobry wieczór, karta dla Pana. Coś do picia? Może mogę coś zaproponować?

- Piwo, poproszę. Miejscowe.

Wpatrywałem się w pustą ulicę popijając piwo. To był moment w którym musiałem zastanowić się z jakiego powodu Laura nie żyje. Śmierć naturalna czy samobójstwo? Zostawiła dla mnie list? Czy ktoś poza kobietą, która do mnie napisała wie coś więcej? Postawiłem sobie pytanie: czy będę chciał i umiał wyjaśnić lub chociażby zrozumieć tę sprawę?

- Do której macie otwarte?

- Aż spokojnie Pan skończy.

- To pan i kucharz nie spieszycie się do domu?

- Czasami nie ma do kogo lub czego.

Lubiłem taki typ kelnerowania. Powaga i powściągliwość. Żadnych dowcipów na siłę. Kelner z klasą jak w Zaklętych rewirach. Za oknem bez zmian. Miasto tkwiło w szarej masie, na zewnątrz nie było nikogo. Bąbelki powietrza pękały w kolejnym piwie. Wszystko było mniej wyraźne. Wciąż nie wiedziałem w jakim miejscu się znajduję. Jednego byłem pewien. Cieszyło mnie to, że Laura nie żyje.

Zapłaciłem.

*****

            Powietrze miało przyjemny, mroźny zapach. W oddali majaczyły czerwone lampy taksówki.

- Można?

-Proszę bardzo. Się Pan szanowny rozgości.

Starszy, wysoki mężczyzna miał w środku nagrzane do granic możliwości. Otworzyłem okno. Przeciąg delikatnie muskał mi twarz. Zbliżało się nieubłagalne.

- Pan to chyba nietutejszy, co?

- Tutejszy. Ale musiałem wyjechać.

- Teraz stąd wszyscy wyjeżdżają. Moje dzieciaki też powyjeżdżali. Jak sie nie ma po co, to się tu nie siedzi. Taka panie prawda.

- Jak wszędzie.

- Pan na długo?

- Trochę. Muszę posprzątać.

- Życiowy remanent?

- Coś jakby.

- Co? Rozwód?

- Może się Pan zamknąć, kurwa?

Starszy gość zahamował gwałtowniej niż sytuacja wymagała. Byliśmy na miejscu.

- Bez reszty – podałem pognieciony banknot kierowcy.

- Chujom zawsze oddaje co do grosza – odpowiedział spokojnie.

Zaimponował mi.

*****

            Dopiero teraz stojąc pod blokiem, zacząłem odczuwać strach. Gdybym palił, zapaliłbym kilka papierosów pod rząd. Z pewnością. Musiałem znaleźć jakieś zastępstwo. Splunąłem. W czteropiętrowym bloku wszystkie światła były pogaszone. Czułem się jak intruz choć byłem w miejscu, które doskonale przecież znałem. Park za blokiem pogłębiał czerń nocy. Drzewa szumiały miarowo. Tak, bałem się. Poczułem, że muszę się wysikać. Zawsze strach wzmagał we mnie potrzebę wylania się. Z tego co pamiętam, nie moczyłem nigdy materaca. Chyba, że nie chcę tego pamiętać. Nie mniej, sikać chciało mi się zawsze, kiedy zaczynałem odczuwać irracjonalny strach. Znalazłem krzaki. Trawa była mokra i zimna. Odczułem olbrzymią ulgę. Dostrzegłem coś dziwnego. Okna w mieszkaniu Laury zaklejone były gazetami.

Jak na złość miałem problemy z zapięciem rozporka. Walczyłem z nim kilka dobrych minut. W górę, w dół, w lewo, w prawo. Kilka metrów ode mnie, przeszły trzy – wystraszone zapewne moją obecnością – nastolatki. Chwyciłem mocno za rączkę walizki. Z kieszeni wyciągnąłem klucze, które kiedyś dostałem od Laury. Wszedłem do klatki. Było ciepło i cicho. Ogrzałem się chwilę i ruszyłem. Pod drzwiami zacząłem się zastanawiać: może znajdę hotel i wrócę rano? Jak będzie jasno. Rozpiąłem płaszcz, poluźniłem guzik w koszuli. Z pęku kluczy wybrałem właściwy. Tylko czy będzie pasował? Kurwa, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Odważyłem się. Wsunąłem go w szparę zamka. Pasował.

Wstrzymałem oddech. Przekręciłem klucz. Nacisnąłem klamkę.

*****

            Z Laurą poznaliśmy na studiach. Co prawda byliśmy na dwóch różnych wydziałach ale korzystaliśmy ze wspólnej uczelnianej biblioteki. Kilkukrotnie się do siebie uśmiechnęliśmy. Nic nie zapowiadało niczego głębszego, niczego na dłuższą metę. W gruncie, rzeczy nic nie zapowiadało niczego. Kiedyś wpadła na mnie. Rzuciła spłoszone: Przepraszam i zniknęła między regałami. Na korytarzu mijaliśmy się bez okazywania sobie czegokolwiek. Nie była ani piękna, ani okropna. Zwyczajna, a mimo to pociągała mnie coraz bardziej. Kilkukrotnie zamarzyło mi się w nią wejść. To było jedyne, co miałem. Myśli o niej i sobie. Byłem wciąż prawiczkiem, bez żadnego doświadczenia w podrywaniu kobiet, co nie znaczy, że całe młodzieńcze życie przejechałem na ręcznym. Na roku było nas tylko sześciu chłopaków, dziewczyn zaś prawie siedemdziesiąt, z czego jakieś czterdzieści podzielonych przez nas w kategoriach: spoko / dobra / na dzidę. Pozostałe były: chujowe albo chujowe na maksa. Byliśmy młodzi i głupi. Piliśmy kiedy mogliśmy. Typowe studenckie życie. Na koniec drugiego roku wszyscy spotkali się w lesie na ognisku. Cel był jeden. Najebać się. Istniała jeszcze misja dodatkowa. Zaliczyć którąś lub któreś. Jeśli się da oczywiście. Dochodziły do mnie informacje, że kilka koleżanek mogłoby się przede mną otworzyć. Laura nigdy z nami nie imprezowała. Do tamtego dnia. Przyszła razem z którąś z dziewczyn, które należały do kategorii chujowych na maksa. Uśmiechnąłem się do niej i tyle. Trzymałem dystans. Jak to bywa na takich imprezach, ktoś już rzygał, ktoś się przytulał, zapewne byli już i tacy po. W głowie szumiało mi już na tyle dobrze, że miałem odwagę odezwać sie do Laury. Początkowo typowe, chujowe, lukrowane teksty: jak się masz, co słychać i tak dalej. Mogłem jeszcze zapytać: która godzina, ewentualnie czy bolało jak spadała z nieba. Siedzieliśmy, śmialiśmy się, ocieraliśmy się o siebie. Laura grała na gitarze. Happysad, Czerwone Gitary, Hey, Dżem. Typowa, ogniskowa, studencka muzyka. Umiesz zagrać: Strachy na Lachy – Jedna taka szansa na sto - spytałem. Umiała. Czułem, że to jest właśnie moja jedna szansa na sto. Gitara powędrowała w inne ręce, a my poszliśmy się przejść. Blisko siebie, w milczeniu. Zaczęliśmy się całować. Kiedy się ocknąłem leżeliśmy na ziemi. Swój pierwszy raz miałem za sobą. Obiecaliśmy sobie na tym nie skończyć. Kilka miesięcy później zamieszkaliśmy razem. Laury rodzice wyjechali za pracą. Mieliśmy własny kąt, rodzice co miesiąc przysyłali pieniądze. Rozmawialiśmy o książkach, słuchaliśmy muzyki, spacerowaliśmy ale przede wszystkim kochaliśmy się. Myślę, że w tamtym czasie, ręką częściej dotykałem jej wilgotną, ciepłą, małą broszkę niż swoją brodę.

Czy w tym wszystkim była miłość? No właśnie.

*****

            Wstrzymałem oddech. Przekręciłem klucz. Nacisnąłem klamkę. Wszedłem do środka.

Zapach był mniej więcej zbliżony do tego, który znałem. Czego się spodziewałem? Zapachu rozkładającej się kobiety? Przeciągu i walających się wszędzie śmieci? Stada głodnych kotów? Po omacku wymacałem włącznik i włączyłem światło. Wszystko był takie jak kiedyś. Zdjąłem buty, odwiesiłem płaszcz. Z długiego korytarza przeszedłem do kuchni. Tu też wszystko było po staremu. Zeskrobałem z szyby w kuchni gazetę, nalałem sobie szklankę whisky, którą przezornie zapakowałem do walizki w G. Zgasiłem światło i popijając powoli patrzyłem przez okno. Jak przystało na kierownika rejonu, musiałem zaplanować od czego jutro zacząć. Bo właściwie od czego miałem zacząć? Przecież wciąż nie wiedziałem: po co kobieta która nie żyje mnie wezwała. Dolałem sobie whisky. Pracująca lodówka cicho poburkiwała.

Zapaliło się światło. W drzwiach kuchni stała Laura. Ogolona na łyso, z zaokrąglonym brzuchem, nieobecnymi oczami. Co się kurwa odpierdala – zdążyłem pomyśleć.

- To ty… – zamilkłem.

- Żyję – odpowiedziała nad wyraz lekko.

- Ale? – nie wiedziałem co mówić i co robić.

- Bo jesteś zwykłym chujem.

*****

            Podeszła bliżej i splunęła mi w twarz. Kładźmy się spać – zarządziła po chwili milczenia jak gdyby nigdy nic. Ja będę spała w naszym dawnym pokoju. Ty możesz spać gdzie chcesz. Zniknęła za drzwiami naszej dawnej sypialni, zazgrzytał zamek, którego nigdy wcześniej tam nie było.

Położyłem się w dużym pokoju, który był quasi salonem. Leżałem na kanapie miotany odruchami wymiotnymi. Jak łatwo dałem się nabrać. Dopiero teraz, nie wiedziałem co zrobić. Chciało mi się wrzeszczeć. Wiem, że cała ta sytuacja była moją winą. Czułem się zniszczony w każdym możliwym elemencie swojego życia.

*****

            Otworzyłem oczy. Było po piątej. Nigdy nie budziłem się tak wcześnie sam z siebie. Wiedziałem, że to co się ze mną dzieje to efekt wczorajszego rozczarowania tym, że Laura żyje. Do tego nosi, być może moje dziecko. Musiałem z nią porozmawiać. Lub uciec jak wtedy. Położyłem się na ziemi, plecami do dołu. Twardość pode mną przyniosła ze sobą nie wiedzieć czemu spokój. Usłyszałem żyjącą – nieżywą kobietę, po której przyjechałem posprzątać. Weszła do kuchni. Wstałem. Poszedłem jej śladem. Wyglądała tak samo jak w nocy. Smutna, nieobecna. Cierpiąca.

- Chcesz kawy? – spytała dość przyjaźnie.

- Chętnie.

- To zrób se. Albo niech Ci jakaś kurwa zrobi. – usłyszawszy to wiedziałem, że to nie będzie lekka rozmowa.

- Kawę trzymasz tam gdzie zawsze?

- Nie wiem, sprawdź se.

Odwróciłem się do niej plecami. Chciałem być jak dziecko i zabawić się w chowanego. Móc wierzyć, że jak jej nie widzę, to ona nie widzi mnie. Nie ma jej, nie mam nie. Nie ma nas tu i teraz. Mieszkania zaczynało być jak klatka do której lada moment miano wpuścić dwa psy gotowe się zagryźć. Chciałem się rozpłynąć, zniknąć. Cofnąć czas i tu nie przyjeżdżać. Skryłem głowę w szafce udając, że szukam kawy. Jak kurwa to rozegrać?

- Widziałam jak waliłeś wczoraj konia przed blokiem – w jej głosie wibrowała bezczelność.

- Nie waliłem konia. Proszę Cię, chyba tak nie myślisz. Chwilowe problemy z rozporkiem. Zresztą skąd wiesz? Przecież szyby są zaklejone gazetami.

- A co? sikałeś bo miałeś nerwa tu wejść? Dalej się moczysz jak się wystraszysz?
- Wiesz, byłem po podróży, wypiłem kilka piw w knajpie – zdawałem sobie sprawę, że brnę w gównie po kolana.

- Dlaczego mnie oszukałaś?

- Hahahah. Proszę, proszę. Ja ciebie oszukałam?

- Po co ten cały cyrk z tą śmiercią?

- Jaki cyrk? Tamta Laura nie żyje. Możesz po niej posprzątać. Chociaż… Wiesz? Muszę Ci pogratulować. Nigdy nie umiałeś się spakować, a w dniu, w którym uciekałeś zrobiłeś to idealnie. Zabrałeś wszystko.

- Musiałem.

- Ale co? Jakie musiałem? Uciec czy mnie zostawić? No, co musiałeś?

- Zostawić cię przez ucieczkę.

- To jakaś choroba?

- Co masz na myśli?

- Zostawienie poprzez ucieczkę. Brzmi jak z poradnika dla adeptów psychologii.

- Tak mi się powiedziało tylko.

- I tak samo ci się tylko uciekło.

- Nic nie rozumiesz.

- No nie i chcę żebyś mi to objaśnił. Potrafisz?

- Chyba nie.

- Aha, dziękuję. Dobrze wiedzieć.

Wkurwiałaś mnie – wyszeptałem. Zostałem sam. Kawa wystygła. Za oknem padało.

*****

            Zostawienie poprzez ucieczkę. Tak najłatwiej było mi to określić. Byliśmy ze sobą blisko cztery lata. Od jakiś dwóch czułem, że to nie to. Obmyśliłem plan, że któregoś dnia po prostu się spakuję i zniknę z jej życia. Szczerze powiedziawszy bardziej zależało mi żeby to ona zniknęła z mojego. Być może to najgłupsze, co można zrobić ale dla mnie było najłatwiejsze. Nie musiałem się tłumaczyć, przedstawiać argumentów, zapewniać, że tak będzie najlepiej dla nas obojga. Zabrzmi to cynicznie ale odechciało mi się kochać, a zabawa w przyjaźń była nie dla mnie. Fakt, mogłem z nią być dalej, udawać, że wszystko w porządku. Ale Laura była na to za mądra. Od razu by wiedziała, że coś nie tak. To był zwykły dzień. Jeden z 365. Wróciłem z pracy, dorabiałem sobie w uczelnianym ksero. Laura była gdzieś na mieście. Miałem czas. Do walizki zapakowałem wszystko, co należało do mnie. Należało do mnie umownie zresztą. Wszystko kupiła mi Laura za pieniądze rodziców. W szufladzie z bielizną miałem kopertę, w niej odłożony tysiąc złotych. Chciałem jej zostawić. Rozmyśliłem się. Zabrałem je ze sobą na poczet nowego życia. Jej wciąż pomagali rodzice. Ja nie miałem nic. Do tego musiałem zacząć na nowo. Pociąg zawiózł mnie do G. Zamieszkałem kątem u jednego z kolegów ze studiów. Jego była załatwiła mi pracę zastępcy kierownika rejonu. Ten zginął w wypadku i po trzech miesiącach to ja byłem głównym.  Zarabiałem przyzwoicie. Powoli stawałem na nogi. To Krzysiek był tym kolegą, który mnie przyjął, pomógł mi otworzyć nowy rozdział.

*****

            Aura była bardziej niż dziwaczna. Przebywaliśmy w jednym domu ale udawaliśmy, że się nie widzimy. Spędzałem czas albo w kuchni nad kawą albo w ciszy siedziałem na podłodze w pokoju, który chwilowo został mi użyczony. Miałem nieodpartą ochotę podejść do niej i ją wziąć. Wbić się w jej ciało. Spędziłem w nim przecież dużo czasu. Kiedy na przykład się kąpała miałem ochotę wejść do łazienki i zobaczyć na nowo jej uda, piersi, brzuch. Wszystko. Rozpoznawałem po dźwięku wody, którą część siebie właśnie obmywa. Łudziłem się, że mógłbym mokrą ręką szorować jej plecy, dotykać jej pośladków. Patrzeć na nią, wąchać, smakować wreszcie.

*****

- A to? – pokazałem na brzuch.

- To twoje – odrzekła obojętnie.

- Skąd mam mieć pewność?

- Myślisz, że jestem kurwą? Zwykłą szmatą, która nie wie kto ją posuwa? Chcesz to możemy po porodzie zrobić test na ojcostwo. Ja zapłacę za Ciebie, jak zawsze zresztą. Nie musisz mieć pełnego pęcherza.

- Nie o to chodzi. Mam pracę, zarabiam. A test to bardzo dobry pomysł. Nawet konieczność.

- Nie spodziewałam się, że potrafisz zarabiać. Zresztą widziałam się z Krzyśkiem. Mówił, że Ci pomógł. Myślisz, że już żałuje?

- Nie wiem. Ale ma moją wdzięczność.

- Pan Hrabia.

- No dobra. Ale co z tym – pokazałem znowu palcem na brzuch – Jakie są twoje oczekiwania?

- Urodzę je.

- I co dalej?

- Nie podam cię jako ojca. Szkoda dziecka. I tak będzie miał coś z Ciebie. Gorzej nie może zacząć.

- Daruj sobie uszczypliwości.

- Ty sobie daruj zgrywanie odpowiedzialnego. Uciekłeś ode mnie.

- Tak było najlepiej.

- Uciec? Nie mogłeś powiedzieć, że mnie nie chcesz, że nie chcesz ze mną być? Nie być! Dwa słowa. Tylko dwa! Widzisz jakie to proste?

- Wtedy takie nie było.

- Mogłeś wymyślić cokolwiek. Że masz kogoś i ten ktoś jest z tobą w ciąży. Prosto, łatwo i przyjemnie.

- Mogłem i żałuję. Ale nie chciałem twojego cierpienia.

- Spierdalaj. Nie chciałeś cierpienia i zostawiłeś mnie jak śmiecia. Jesteś, kurwa zwykłym idiotą. A dziecko, na pewno jest twoje!

Chciałem przyjebać jej w brzuch żeby wypluła tą fasolę, którą miała w sobie.

*****

- Ściągasz mnie tu, pod gównianym pretekstem swojej śmierci. Oczekujesz czegoś niewiadomo czego, że przysposobię dziecko, być może nie moje. Co jeszcze mam zrobić? Przeprosić? Oddać pieniądze?

- Jednak jesteś idiotą. Nie chcę pieniędzy, nie chcę twojej łaski w stosunku do dziecka. Do mnie tym bardziej. Chciałam Ci tylko pokazać, że mnie zniszczyłeś. Przestałam wychodzić do ludzi. Zakleiłam okna gazetami żeby schować się przed światem. Przez twój egoizm jestem nieżywa. Przegrana.

- Nie chciałem – to była jedyna odpowiedź jaką miałem.

- Nie chciałem. Ahaaaa. Dobrze, przeprosiny przyjęte. Czekaj.  O! O już jestem normalna. Sprawę uznajemy za zamkniętą. Czemu przyjechałeś? Bo się bałeś?

- Niby czego?

- Że będzie jakiś list, dowód, cokolwiek co Cię obarczy odpowiedzialnością za moją śmierć. A może chciałeś coś stąd wziąć? No śmiało! Książki? Może meble. A płyty? Nie chcesz? No weź. Weź wszystko i wypierdalaj!

- Nie chciałem – powtórzyłem naiwnie

- Proszę państwa! On nie chciał! Ale się stało. Zrozum. Już jest po wszystkim. Wszystko jasne, poznałeś prawdę. Żyję i mam się tragicznie. Ciesz się. Zniszczyłeś mnie. Gratuluję. Teraz ładnie idź po rzeczy i do widzenia! Dać Panu na bilet?

- Dziękuję, jeszcze mnie stać.

- Szkoda, że nie było Cię stać na bycie mężczyzną.

Nie pozostało mi nic innego jak zacząć się zbierać. Nic tu po mnie.

*****

- A pamiętasz jak śpiewałam dla Ciebie: Jedna taka szansa na sto?

- Pamiętam.

- Mieliśmy szansę spotkać kogoś innego. Przegapiłam dziewięćdziesiąt dziewięć lepszych szans. Jedną zmarnowałam na Ciebie.

*****

            Nie pamiętam jak i kiedy wyszedłem od Laury. Ocknąłem się w taksówce.

- Na dworzec, poproszę.

- To Pan już nie mówi po angielsku?

- Co proszę?

- Jechaliśmy tym samym pociągiem. Ja byłem z małżonką – zorientowałem się, kto do mnie mówi, to był ten starszy milczący gość.

- Tak wyszło. A właściwie dlaczego państwo całą drogę milczeli?

- Wie Pan w związku jest kilka etapów: na początek jęki, potem kłótnie i na sam koniec, jak się wszystko przetrwa następuje milczenie. Ale milczenie nie byle jakie. Tylko milczenie dojrzałe, bo milczeć trzeba umieć i mieć przede wszystkim z kim.

*****

            Miałem jeszcze trochę do odjazdu. Znów zamówiłem kilka piw u tego samego kelnera. Wciąż było szaro i pusto. Powrotny pociąg do G. na szczęście był podstawiany i nie miałem problemu ze znalezieniem miejsca. Wybrałem pusty przedział. Zdjąłem płaszcz. Rozpiąłem ostatni guzik koszuli. Zamknąłem oczy i czekałem aż ruszymy żeby uciec z tego miasta.

- Przepraszam, można usiąść?

Znałem ten głos. To była Laura. Bez brzucha. Z oczami pełnymi dobra.

Blackburn, 2014

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.